Razem w drodze
Planowaliśmy życie. Tylko nie ślub.
Czy nadal lubisz człowieka, z którym od lat dzielisz życie?
Dwadzieścia lat temu, w noc poślubną z soboty na niedzielę, jakieś 20 min po północy, zostawiliśmy gości, wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w podróż.
Przez Węgry do Chorwacji, prosto do mariny, na łódkę na „tydzień” miodowy i nasz pierwszy samodzielny rejs.
W tym roku, z okazji naszej 20-tej rocznicy ślubu, postanowiliśmy zrobić prawie to samo.
Prawie, bo 20 lat temu byliśmy młodsi i pędziliśmy przez noc, byle tylko rano znaleźć się przy kei. Jachty w Chorwacji czarteruje się od soboty do soboty, my byliśmy już o jeden dzień w plecy i nie było czasu do stracenia.
Tym razem już tak nie pędziliśmy. Zatrzymaliśmy się na dwa dni w pięknym miejscu na Węgrzech, a dopiero później ruszyliśmy dalej do Chorwacji.
Jesteśmy dziś innymi ludźmi, ale nadal jedziemy razem. I właśnie w tej podróży zaczęłam wracać myślami do tamtego dnia. Do decyzji, której kiedyś wcale nie planowałam.
Nie piszę tego dlatego, że po 20 latach małżeństwa poczułam się ekspertką od związków. Wręcz przeciwnie. Im dłużej jesteśmy razem, tym mniej mam ochotę mówić innym, jak powinni żyć.
Zaczęłam się tylko zastanawiać, dlaczego właściwie wtedy zdecydowaliśmy się na ślub i dlaczego dziś, mimo że kiedyś uważałam go za kompletnie zbędny, cieszę się, że go wzięliśmy.
Bo ja naprawdę nie chciałam wychodzić za mąż.
Planowaliśmy życie. Tylko nie ślub
Zanim się pobraliśmy, byliśmy ze sobą już cztery lata. Mieszkaliśmy razem, planowaliśmy przyszłość, rozmawialiśmy o dzieciach, o miejscach, w których chcielibyśmy kiedyś żyć, o tym, jak sobie wyobrażamy nasze wspólne życie.
Planowaliśmy życie, ale nie planowaliśmy ślubu. I nie dlatego, że nie byłam pewna Staszka albo naszego związku.
Ja po prostu nie widziałam potrzeby, żeby potwierdzać w urzędzie czy przed Bogiem coś, co dla mnie już dawno było decyzją. Jeśli mam przysięgać miłość, to mogę ją przysięgać tylko tej osobie, którą kocham.
I chyba dość wcześnie wiedziałam też, jakiego ślubu na pewno nie chcę.
Jako bardzo młoda dziewczyna, jeszcze nastolatka, grałam z moim zespołem na weselach, więc trochę się ich naoglądałam.
Wesela lat 80-tych i 90-tych to … no cóż …
Dużo alkoholu, dużo, bo tak trzeba, dużo za dużo jedzenia i wydanych pieniędzy, upieranie się przy tradycjach, których czasami nikt już nawet nie potrafił wyjaśnić.
Nie chciałam, żeby ktoś decydował za mnie, kto ma być, jak ma wyglądać i które tradycje i zwyczaje koniecznie trzeba odhaczyć.
Tyle że wtedy wydawało mi się, że ten problem właściwie mnie nie dotyczy. Miałam 34 lata, byłam panną i było mi z tym całkiem dobrze.
O naszym ślubie w dużej mierze zadecydowała śmierć
Dziwnie to zabrzmi, ale kiedy dzisiaj wracam do naszej decyzji sprzed 20 lat, mam wrażenie, że ogromny wpływ na nią miała… śmierć.
W 2004 roku zmarł mój tata. Niedługo później stan zdrowia taty Staszka zaczął się bardzo pogarszać i wkrótce straciliśmy również jego.
W naszym życiu pojawiło się dużo smutku. To był trudny czas dla nas. Dla mojej mamy szczególnie.
Nie wiem, czy te wydarzenia miały bezpośredni wpływ na to, że właśnie wtedy temat naszego ślubu zaczął pojawiać się coraz częściej.
Wiem tylko, że nasze mamy zaczęły podpytywać:
– A może jednak byście się pobrali?
– Na co wy właściwie czekacie?
– Byłoby tak fajnie, tak długo już jesteście razem…
My też potrzebowaliśmy wtedy czegoś zupełnie innego niż, śmierć, żałoba, choroba. Jakiegoś wydarzenia, na które można czekać. Czegoś radosnego, co na chwilę odwróci uwagę.
I tak któregoś dnia podłapaliśmy temat.
Bo w sumie, dlaczego nie? Zrobimy z tego fajną imprezę. Po swojemu. A mamy będą szczęśliwe.

Nie było wielkiego romantycznego momentu, w którym nagle odkryłam w sobie marzenie o białej sukni i pomyślałam:
Och, tak! Chcę zostać żoną!
Bardziej było:
No dobra. To „robimy ślub”.
I chyba właśnie tak zaczęło się nasze małżeństwo.
Tylko Staszek miał jeszcze jeden punkt programu: zaręczyny
Byłam przekonana, że skoro wszystko ustalone, to teraz po prostu zabieramy się za organizację projektu „Ślub – 09.09.2006”.
Wigilia 2005, siedzimy u mojej mamy i nagle Staszek przynosi kwiaty, ale nie idzie z nimi do mnie!. Kieruje się w stronę mojej mamy i uroczyście pyta ją o zgodę na zaręczyny ze mną. Jestem totalnie zaskoczona. Mama tym bardziej. I pamiętam tę krótką myśl: Jak to? Najpierw pytasz moją mamę?
Mama oczywiście wzruszona, szczęśliwa, oczywiście zgadza się, po czym Staszek zwraca się do mnie, wyciąga pierścionek i oficjalnie prosi mnie o rękę.
Mój przyszły mąż zdobył wtedy u mnie sporo punktów. Nie dlatego, że nagle odkryłam, że całe życie marzyłam o tradycyjnych zaręczynach. Patrzyłam po prostu na moją mamę i widziałam, jaka jest szczęśliwa. A to było dla mnie ważne. Po śmierci taty nasz „Projekt Ślub” dał jej coś radosnego. Coś, czym mogła żyć przez chwilę trochę bardziej niż smutkiem. Chyba właśnie wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że ten ślub nie jest tylko o nas.
Ślub na naszych zasadach
Skoro już się na niego zdecydowaliśmy, to nie było mowy, żeby wyglądał tak, jak „powinien”. Miał wyglądać tak, jak chcieliśmy my.
Oczywiście zaraz pojawiło się:
– No ale Aga, tradycja…
– No ale wypada jeszcze zaprosić …
Chciałam uszanować fakt, że nasi ojcowie niedawno odeszli. Chciałam mieć piękną ceremonię w otoczeniu świadków – ludzi, którzy byli w naszym życiu i byli dla nas ważni.
Nie chciałam robić rzeczy tylko dlatego, że „tak się robi”. Nie chciałam też, żeby rodzice czy ktokolwiek inny decydowali za nas, jak ma wyglądać ten dzień. I może właśnie dlatego, mimo że nigdy wcześniej nie marzyłam o ślubie, tak dobrze go wspominam.
Urządziliśmy po swojemu – jak projekt. Wszystko było rozpisane i zaplanowane. Była agenda dla świadków, była nie biała, tylko złota w techno kwiaty suknia ślubna. Sami też za wszystko zapłaciliśmy.
W trakcie rozkręconej już imprezy zostawiliśmy weselnych gości i pojechaliśmy w podróż poślubną. Przez Węgry do Chorwacji, na łódkę.
I jak dzisiaj o tym myślę, to chyba nie mogliśmy zrobić niczego bardziej naszego.
20 lat później
Czy po 20 latach zmieniłam zdanie?
Nadal nie znam odpowiedzi na pytanie, czy ślub jest człowiekowi do szczęścia potrzebny. Nadal uważam, że sam podpis, obrączka i przysięga niczego nie gwarantują. Można nie mieć ślubu i być sobie bardzo bliskim. Można też mieć ślub, wspólny dom, dzieci, zdjęcia z wakacji i żyć całkowicie osobno – obok siebie.
Więc jeśli ten tekst miałby zmierzać do wielkiego odkrycia, że jednak warto brać ślub, to niestety Was rozczaruję. Przy czym nie wchodzimy tu w sprawy finansowo-podatkowe.
Nie wiem też, czy istnieje recepta na szczęśliwe małżeństwo. Po dwudziestu latach wiem tylko, co jest ważne dla mnie.
I wiem, że po drodze ludzie się zmieniają.
Przychodzą różne etapy, różne potrzeby, straty, sukcesy, rozczarowania, zmęczenie, zachwyty. Czasem jedno z nas ma więcej siły, czasem drugie.
Związek nie jest jedną wielką decyzją podjętą 9 września 2006 roku. To jest raczej podróż razem, podczas której zmieniają się ludzie, tempo i cele. Warto więc zadbać, by zmieniać się razem.
Coraz bardziej rozumiem też, jak ważna w związku jest intymność.
Nie tylko ta fizyczna.
Taka zwykła, codzienna. Poczucie, że obok jest człowiek, który Cię zna, przy którym nie trzeba cały czas być lepszą wersją siebie i przed którym można stanąć naga – w dosłownym i przenośnym tego słowa znaczeniu.
Nie wystarczy się kochać. Dobrze jest się jeszcze lubić.
I chyba właśnie z tego cieszę się dziś najbardziej. Że po tych wszystkich latach nadal lubię człowieka, za którego wtedy wyszłam. Że wiem, co w nim lubię i dlaczego nadal chcę być właśnie z nim.
Bo przez dwadzieścia lat można się bardzo zmienić. A jednak fajnie jest po tych wszystkich zmianach spojrzeć na człowieka obok i pomyśleć: nadal chcę podróżować, iść, jechać i żeglować z tobą dalej!
Nie chciałam wychodzić za mąż. Dzisiaj cieszę się, że wyszłam.
Po drodze
Dwadzieścia lat temu Węgry były właściwie tylko krajem, przez który trzeba było jak najszybciej przejechać. Jacht czekał w Chorwacji i trzeba było zdążyć. Pędziliśmy więc przez noc, żeby rano pojawić się przy kei.
Później jeszcze wiele razy żeglowaliśmy w Chorwacji. Z czasem coraz częściej zaczęliśmy zatrzymywać się po drodze na Węgrzech.
W tym roku zamiast pędzić, zatrzymaliśmy się na dwa dni.
Nie wiem, czy to wiek, większy rozsądek, czy po prostu już nam się tak nie spieszy. Pewnie wszystko po trochu
Dwadzieścia lat temu najważniejsze podczas podróży było dotrzeć do celu. Dzisiaj dużo bardziej interesuje mnie też to, co wydarza się po drodze.
Myślę, że ze związkiem jest podobnie. Ważniejsze od samego celu podróży jest to, z kim jedziesz. I czy po dwudziestu latach nadal masz ochotę zatrzymać się z nim po drodze na kawę.
Gdyby więc ktoś mnie dzisiaj zapytał:
– Aga, warto wychodzić za mąż?
To nadal odpowiedziałabym:
Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Myślę, że to zależy od tego, jakie znaczenie sami temu nadamy.
Ale gdyby pytanie brzmiało:
– A za Staszka?
To tak.
Zdecydowanie tak.









