• HOME
  • OPOWIADANIA
  • HISTORIE OSOBISTE
  • PODRÓŻE
  • AUTORKA
Aga Opowiada – Krótkie historie - The value of emotions come from sharing them, not from having them
  • Opowiadania
  • Historie osobiste
  • Podróże
  • Autorka
Aga Opowiada – Krótkie historie - The value of emotions come from sharing them, not from having them
  • Opowiadania
  • Historie osobiste
  • Podróże
  • Autorka
Aga Opowiada – Krótkie historie - The value of emotions come from sharing them, not from having them

Kategorie

  • Autorka (3)
  • Easy Yachting (10)
  • Historie osobiste (9)
  • Opowiadania (5)
  • Podróże (11)
Autorka, Easy Yachting, Historie osobiste

A miało być tak pięknie – Na Kanary

Rejs przez Atlantyk na Karaiby
Madera – Wyspy Kanaryjskie: Lanzarote – Teneryfa – Gomera


Na Maderze straciliśmy dinghy – małą motorówkę z silnikiem, którą wozi się ze sobą na jachcie, by móc się na niej dostać na ląd np.: stojąc jachtem na kotwicy w zatoce, a nie w marinie. Mimo natychmiastowej reakcji próba odnalezienia dinghy w nocy na sztormowym morzu się nie powiodła.

Na Kanary!

Przed wypłynięciem z Madery zgłosiliśmy Straży Przybrzeżnej utratę dinghy. Zrobiliśmy to z nadzieją, że może jednak ktoś je znajdzie i przede wszystkim dlatego, że była to dość spora motoróweczka i nieoświetlona dryfująca po morzu mogła stanowić zagrożenie dla innych jachtów.

Rejs na Wyspy Kanaryjskie był już spokojniejszy. Delfiny bawiły się przed dziobem jachtu a zachód słońca wyglądał wręcz nienaturalnie.

Lanzarote – Wyspa ognia, Cesara Manrique i wina

 

Na Lanzarote stanęliśmy na południu wyspy w marinie Rubicón w pobliżu Castillo del Aguila. I to był pierwsza wyspa, na której po prostu odetchnęłam i zaczęłam ponownie cieszyć się podróżą.

  •  
  • Gdyby ktoś zapytał, jak wyobrażam sobie krajobraz na Księżycu czy Marsie, odpowiedziałabym, że dokładnie tak jak na Lanzarote. Wyspa oferuje idealną scenerię do kręcenia filmów science fiction. Żadna inna wyspa kanaryjska nie ma zachowanego takiego naturalnego i dziewiczego krajobrazu jak Lanzarote. To za sprawą nieżyjącego już artysty Cesara Manrique, który większość życia spędził na Lanzarote i był z nią bardzo związany. Fernando Gómez Aguilera, dyrektor Fundacji Cesar Manrique powiedział, że “Cesara Manrique nie da się zrozumieć bez Lanzarote, a Lanzarote nie da się pojąć bez Cesara Manrique “. Skoro tak, to najprościej było odkryć wyspę podążając śladami artysty.
    Nie piszę przewodnika, dlatego wspomnę tylko o miejscach, które pozytywnie wpłynęły na moje nastawienie do wyspy.

Parque Nacional de Timanfaya, którego symbolem jest zaprojektowany przez artystę diabełek. Pośrodku Parku na Islote de Hilario znajduje się restauracja El Diablo, którą zaprojektował Manrique. Podawane w niej specjały pieczone są „na wulkanie” – na grillu, który żar bierze z wnętrza ziemi – z wulkanu.

Może zabrzmi to, co teraz napiszę paradoksalnie, ale wulkany na tej wyspie podziałały na mnie wyciszająco. Może dlatego, że i one są wyciszone – wygasłe. Po erupcjach pozostała najlepsza, żyzna ziemia i tą darowaną nam moc trzeba odbierać pozytywnie.

Wino wulkaniczne

Na Lanzarote pierwszy raz doświadczyłam smaku „wina z lawy” – wina z winorośli rosnącej na czarnej, wyglądającej jak żużel ziemi. Gleby wulkaniczne to świetna mieszanka pełna minerałów, a wina pochodzące z terenów wulkanicznych cechuje niesamowicie wyrazisty smak. Ciekawa jest też uprawa winorośli na zboczach wulkanu. Ze względu na brak opadów i ogólnie brak wody winorośl sadzi się w specjalnie wykopanych dołkach otaczając je od strony nawietrznej kamieniami. Nagrzane przez dzień powietrze schładzając się w nocy skrapla się w formie rosy i tą wilgocią żywią się winorośle, a bariera z kamieni służy za parawan – osłonę przed wiatrem.

Cesar Manrique – artysta na straży wyspy


Następnymi miejscami, które pozostaną w mojej pamięci są Mirador del Rio – ponad 20 kilometrowy klif Risco de Famara. W jego ścianę wkomponowany jest punkt widokowy Mirador del Rio. Cesar Manrique stworzył w tym miejscu na wysokości 475 m n.p.m. restaurację z ogromnymi przeszklonymi oknami, przez które można podziwiać pobliską wyspę La Graciosę.

Drugie miejsce to dom artysty – Casa del Volcano w Tahiche, gdzie Manrique wykorzystał w projekcie domu naturalne tunele lawowe i bąble powietrzne. W ten sposób budynek wtopił się w otoczenie krajobrazu. Poruszając się po wyspie z pewnością zwrócisz też uwagę na niską białą zabudowę i na okiennice, które wewnątrz wyspy mają kolor zielony, a te nad oceanem kolor niebieski. Taką architekturę zawdzięcza Lanzarote również temu artyście.
Manrique znał się też z moim ulubionym hiszpański artystą Miro, stąd jeszcze bardziej stał się bliższy mojemu sercu.

Czas płynąć dalej – Teneryfa


Czas spędzony na Lanzarote pozwolił mi na pogodzić się z faktem, że straciliśmy dinghy. A tu nagle, tuż przed wypłynięciem na Teneryfę, otrzymaliśmy wiadomość od Straży Przybrzeżnej z Madery, że jeden z rybaków odnalazł naszą motorówkę. Pytając o uszkodzenia usłyszeliśmy: „Little damage only”. Zrobiliśmy burzę mózgów i wszyscy jednogłośnie stwierdziliśmy, że trzeba wrócić na Maderę Ale, ale… przecież załoga chciała zwiedzić Teneryfę, a ja naprawić zniszczone przez silne wiatry żagle.

Dopłynęliśmy na Teneryfę i podzieliliśmy się na dwie grupy. Staszek popłynął z 2-ma załogantami na Maderę z myślą odzyskania cennej motorówki. Ja i część załogi, która kończyła rejs zostaliśmy na Teneryfie.
Pamiętam dobrze ten dzień. To były akurat moje urodziny. Dostałam 39 stopni gorączki i jedyne co mi pozostało to zorganizować sobie nocleg, nafaszerować lekami i iść spać.
O zwiedzaniu Teneryfy czy świętowaniu urodzin nawet nie marzyłam. Były inne priorytety: wyzdrowieć i naprawić żagle i kuchenkę przed powrotem jachtu z Madery.
Rano poczułam się lepiej, a żaglownie znalazłam już po dwugodzinnym researcher’u Tak samo szybko załatwiłam elektryka do kuchenki. Potraktowałam to jak zaległy prezent urodzinowy i postanowiłam wykorzystać ten jeden dzień i wybrać się na słynny wulkan zabierając ze sobą koleżankę z załogi, która w ostatniej chwili zdecydowała się popłynąć z nami w kolejny etap rejsu – na Cabo Verde. Wyruszyliśmy, przyznaję, zupełnie nieprzygotowywane do tej „przejażdżki”, ale to nie miało żadnego znaczenia. To było piękne doświadczenie. Wszystkie przykre zdarzenia zniknęły, a radość przejęła dowodzenie. Dzień zakończyłyśmy – jakby inaczej – fantastycznym lokalnym posiłkiem.

„Totalschaden”


Po czterech dniach trudnej żeglugi, gdzie przy wejściu na Maderę była taka pogoda (wielkie fale, silny prawie sztormowy wiatr), że duży wycieczkowiec zrezygnował z wejścia do portu, druga część załogi wróciła z Madery. Cała akcja okazała się być kompletną porażką. Nie wiem na jakiej podstawie udzielono nam wtedy informacji, że dinghy odniosło tylko małe uszkodzenia. Po dopłynięciu okazało się bowiem, że to nie było „little damage” tylko „Totalschaden!”

[tg_small_content]Cóż, trzeba zostać jeden dzień dłużej na Teneryfie i postarać się o jakieś małe i tańsze dinghy.
Teneryfa to ostatnie miejsce, w którym mogliśmy jeszcze zakupić jakieś sensowne dinghy, dalej już tylko trzeci świat …
Żagle naprawione, kuchenka działa, dinghy kupione, czas więc płynąć na Gomerę.
Ale wybacz mi czytelniku, że nie opowiem Ci nic o samej wyspie. To był ostatni przystanek przed kolejnym dłuższym rejsem i ostatnia szansa, żeby sprawdzić jacht i przygotować się do dalszego rejsu – na Wyspy Zielonego Przylądka – Cabo Verde.

Z perspektywy czasu cieszę się, że moje nastawienie do podróży było dużo bardziej pozytywne, wręcz ekscytujące. W ten sposób miałam dużo więcej rezerw, z których mogłam korzystać, kiedy nie szło tak jak myślałam. No bo miało być tak pięknie. I było, tak naprawdę było. Nie doświadczyłabym siebie i ludzi, gdyby nie te wydarzenia. Czy mogłam się na nie lepiej przygotować? Przewidzieć pewne sytuacje? Pewnie mogłam, ale później doszłam do wniosku, że nie da się do końca przygotować na wszystko nawet planując godzinami, dniami czy miesiącami. [/tg_small_content]

The End

01.12.2020by Agnes
Easy Yachting, Historie osobiste

Dominica – Welcome to Paradise!

Spójrz na mapę poniżej. Widzisz na niej wyspę o nazwie Dominika?

 

 

Wyspa została odkryta przez Krzysztofa Kolumba podczas jego drugiej wyprawy w 1493r., a że pierwszy raz zobaczył ją w niedzielę (z hiszp. domingo – łac. Dominica), nazwał ją Dominika.
Nie potrafię opowiedzieć o Dominice w jednym kawałku. Jest zbyt piękna, zbyt dziewicza i różnorodna. W dzisiejszej opowieści zatrzymam się na chwilę na północnym cyplu wyspy. To ma dać Ci przedsmak tego, co nadejdzie w kolejnych wpisach o tej górzystej i nadal bardzo dziewiczej wyspie.

 

 

Na Dominikę przypływam wraz z grupą przyjaciół jachtem. Nie zdążyliśmy jeszcze zakotwiczyć w naszej ulubionej zatoce Prince Rupert Bay w pobliżu miasteczka Portsmouth, a już wita nas lokalny przewodnik i przyjaciel okrzykiem: Welcome to Paradise!
Martin, bo tak ma na imię, jest przewodnikiem z powołania i naszym lokalnym przyjacielem. Za każdym razem wypływa nam naprzeciw witając pięknym bukietem karaibskich kwiatów.

 

Indian River

 

Na drugi dzień rano Martin zabiera nas swoją łodzią w głąb rzeki Indian River.
Ujście rzeki znajduje nieopodal miejsca, w który kotwiczymy i można do niej wpłynąć tylko na wiosłach.

 

Wyprawa w głąb rzeki Indian River

 

Rzeka przedziera się przez las tropikalny a sceneria przypomina klimaty z Władcy Pierścieni – nienaruszona, dziewicza natura. Przyjmuję ją z wdzięcznością i pokorą. Jestem żeglarzem i rozumiem, że przed naturą trzeba czuć respekt. Martin, zresztą jak każdy na wyspie, jest dumny ze swojego kraju. Opowiada o nim w taki sposób, że chce się słuchać i słuchać. Na swojej drewnianej łodzi ma namalowaną flagę Dominiki i chętnie wyjaśnia co oznaczają jej poszczególne elementy: papuga jest symbolem wyspy, zielone gwiazdki dookoła to symbol nadziei oraz gmin, na które podzielona jest wyspa. Żółty pasek oznacza światło oraz najważniejsze owoce na wyspie (banany i cytrusy), biały pas natomiast przejrzystość rzek i wodospadów oraz czystość ludzkich intencji. Czarny to kolor żyznej ziemi. Zielone tło symbolizuje bujność przyrody na wyspie a krzyż z pasków wiarę w Boga.
Wiosłując dalej Martin odśpiewuje nam przepięknym głosem hymn Dominiki.

 

  •  

Indian River (Indiańska Rzeka) to wyjątkowa rzeka. Jest nie tylko najgłębsza na Dominice, ale też najciekawsza pod względem przyrodniczym. Rzeka otoczona jest bardzo rzadko występującymi lasami bagiennymi z charakterystycznymi drzewami nazywanymi potocznie „dragon blood tree”. Swoją nazwę zawdzięczają oneczerwonej żywicy, ktora dawniej stosowana była jako środek leczniczy oraz przez poszukiwaczy złota używana do oddzielania cennego kruszcu od wody przez .

Nietrudno się domyślić, że nazwa rzeki pochodzi od rodzimych Indian, żyjących na wyspie. Dominika należy do nielicznych wysp karaibskich, na której spoktasz jeszcze potomków karaibskich Indian. Obecnie zamieszkują oni już tylko niewielki wydzielony rezerwat we wschodniej części wyspy.

Dolina Indian River zachowała swój naturalny charakter i wcale nie mnie nie zdziwiła informacja, że to właśnie ta sceneria posłużyła do nakręcenia drugiej części „Piraci z Karaibów”.
Pamiętasz motyw czarownicy zamieszkującej chatkę na brzegu rzeki? Tak, to brzeg tej rzeki. Po zakończeniu realizacji filmu domek nie został rozebrany i stał się jedną z atrakcji podczas wyprawy w głąb rzeki.

 

Fuzja smaków i zapachów

Często słyszę, że Karaiby to kraje trzeciego świata. Nie jest mi po drodze z tą opinią. Wszystko bowiem zależy od tego, co dla Ciebie jest najważniejsze w życiu. Z pewnością nie umrze się tu z głodu czy z przemarznięcia. Klimat jest ciepły przez cały rok a ziemia dostarcza tyle świeżych owoców, warzyw i przypraw, że starczy dla każdego. Przekonaliśmy się o tym podczas wielu wycieczek w głąb wyspy.

Podczas zwiedzania wyspy nasz przewodnik zatrzymywał się co chwilę, by zerwać nam liście laurowe (wiecie, że są też takie o zapachu mięty, cytryny i np. anyżku?), trawę cytrynową, odłamać kawałek kory drzewa cynamonowego, wyrwać bulwę, która okazuje się cyć jadalna itd. Nie wspomnę już o owocach. Pełna paleta kolorów i smaków – od mango, papai, grejpfruta, awokado po popularny kwiat-owoc roselle, który zakwita tylko raz w roku. Mieliśmy szczęście go zobaczyć a z zerwanych owoców zrobiliśmy na jachcie przepyszny kompot. W lesie deszczowym poznajemy drzewa mango, chlebowca, guawy. Zbieramy ziarenka kawy, podziwiamy wzory na gałce muszkatołowej. Każda świeżo zerwana gałka otoczona jest lśniącym czerwonym pancerzem. Co ciekawe, tak jak w przypadku linii papilarnych, każdy jest niepowtarzalny.

Po tak spędzonym dniu, obfitym w smaki i zapachy natury, czas na tzw. wisienkę na torcie, czyli kąpiel w ciepłym wodospadzie. Dominika słynie z dużej ilości różnorodnych wodospadów. Różnią się one od siebie wielkością, ale też kolorem i smakiem wody. Wszystko zależy od zawartych w nich minerałów.

Miasteczko Portsmouth

Nasz katamaran zakotwiczyliśmy w zatoce miasteczka Portsmouth. Czas więc na spacer!
Mijamy skromne, nieco przyniszczone domy mieszkańców miasteczka. Chociaż od czasu do czasu napotykamy okazałe wille z zadbanym otoczeniem. Kolorowe domki przyciągają wzrok. Każdy z nich w innym kolorze. Nawet reklamy malowane bezpośrednio na murze lub drewnianych deskach sprawiają, że czuję się jak w bajce. Na ulicach ludzie – najczęściej kobiety ze swoimi dziećmi – sprzedają warzywa i owoce. Dzieci radośnie przekrzykują się nawzajem. Słońce, ciepło i kolory. Tylko tyle potrzeba, by postrzegać świat inaczej – przyjaźniej.

 

 

Na koniec dnia zasłużony chillout w zatoce Prince Rupert Bay i planowanie dalszej podróży

 

Cd. nastąpi 🙂

25.09.2020by admin
Easy Yachting, Podróże

Powrót do przeszłości w Nelson’s Dockyard

Jestem fanką żeglowania i jachtingu. Uprawiam ten sport już od wielu lat. Kocham w ten sposób podróżować i zwiedzać najdalsze zakątki świata. Innymi słowy, lubię żyć na jachcie. Jacht to dla mnie dom i środek transportu. Taki kamper, tylko że na wodzie. 

O karaibską wyspę Antigę zahaczamy właściwie tylko z jednego powodu – żeby wpłynąć do English Harbour. W tej naturalnej zatoce wrzynającej się głęboko w ląd wyspy mieści się Nelson’s Dockyard, stocznia nazwana na cześć słynnego angielskiego admirała Horatio Nelsona.

Antigua to jedna z niewielu wysp, na której są zachowane i przestrzegane tradycje związane z przypłynięciem jachtu do portu, na stały ląd. Wchodząc do portu musimy wciągnąć na maszt nie tylko flagę danego kraju ale także flagę w kolorze żółtym. W czasach kolonialnych oznaczało to, że wszyscy na jachcie są zdrowi i wolni od jakichkolwiek chorób. Po zacumowaniu w porcie lub zakotwiczeniu w zatoce zejść na ląd ma prawo tylko kapitan, reszta załogi musi pozostać na jachcie. Dopiero po odprawie i otrzymaniu odpowiedniego zezwolenia reszta załogi może zejść z łódki. Taka tradycja 🙂


Nelson’s Dockyard to dzisiaj niezwykle urokliwa przystań portowa z ujmującą obsługą. Jest to zauważalne nie tylko w sposobie traktowanie Ciebie jako gościa ale także w sposobie mówienia. Ich język angielski a dokładnie mówiąc akcent przypomina ten, który używany był przez londyńskie wyższe sfery chociażby na na początku XIX wieku. I jak tu nie czuć się jak dama? 😉

W Nelson’s Dockyard mieszczą się dziś odrestaurowane zabytkowe budynki byłej stoczni marynarki wojennej zamienione w muzea, sklepy, restauracje, puby, a nawet w hotel. Większość z nich pochodzi z okresu 1785-1792. A do największych atrakcji tego miejsca należą odbywające się regaty m.in Stanford Antigua Sailing Week.

 

A teraz czas już na zdjęcia niektórych miejsc:

 

Fort Berkeley , zbudowany w 1704 roku i strzegący wejścia do stoczni w English Harbour

 

 

Pillars of Hercules, zauważysz je wpływając do zatoki English Harbour

 

Wet Dock – Nelson’s Dockyart

 

 

Budynki Muzeum Stoczni Nelsona (m.in. Dom oficerów marynarki wojennej z 1855 r.)

 

 

Żaglowania, w której nadal szyte są żagle

 

 

Copper and Lumber Store 1789 – Obecnie hotel

 

 

Admiral’s Inn hotel i moja ulubiona restauracja Pillars Restaurant

 

 

Jachty i Regaty

 

 

Antiqua

 


[tg_small_content]Antiqua to wyspa położona na Karaibach, w archipelagu Małych Antyli. Wyspa należy do Wysp Nawietrznych. Wchodzi w skład państwa Antigua i Barbuda.
Małe Antyle (bo są też Duże Antyle: Kuba, Haiti, Jamajka i Portoryko), to taki łańcuszek wysp łączący dwie Ameryki. Małe Antyle zaczynają się od wyspy Culebra (należącej do Portoryko) na północnym zachodzie do okolic północno-wschodniego cypla Ameryki Południowej, a następnie ku zachodowi, wzdłuż wybrzeży Wenezueli. I to są moje ulubione Karaiby. Jeśli masz ochotę wybrać się kiedyś ze mną w taki rejs to po prostu napisz![/tg_small_content]

 

16.03.2020by Agnes
Easy Yachting

Balansująca terapia

Przygoda z balansującymi rzeźbami
Jerzego Kędziory

Skoro sztuka jest interpretacją rzeczywistości, a nie jej odzwierciedleniem, to moje spotkanie z balansującymi rzeźbami Jerzego Kędziory pseudonim „JotKa” nie było przypadkiem, było przeznaczeniem.

Odwiedzając kilka lat temu moich przyjaciół w Bydgoszczy wybraliśmy się na spacer w centrum miasta. Mój wzrok zatrzymał się wtedy na „Przechodzącym przez rzekę” – balansującej rzeźbie linoskoczka, zawieszonej na linie nad rzeką Brdą. Patrzyłam na balansującą rzeźbę jak zahipnotyzowana. Linoskoczek chwiał się na lewo i prawo, jakby miał zaraz spaść, a jednak wracał do pionu utrzymując równowagę. Uchwyciłam ten moment, a on na stałe rozgościł się w mojej podświadomości. Niezależnie jak chwiejne byłoby moje życie – pomyślałam wtedy – to zawsze odnajdę równowagę. Dzisiaj balansujące rzeźby mam w zasięgu ręki. Ich walory terapeutyczne odczuwam za każdym razem, kiedy przejeżdżam przez kładkę Bernatka w Krakowie. Bo to właśnie na niej zgodnie z tytułem wystawy „Między niebem a wodą” balansują rzeźby artysty.

I tak narastała we mnie potrzeba osobistego spotkania rzeźbiarza, która właśnie została spełniona!
W połowie listopada odwiedziłam Pana Jurka w jego nowej krakowskiej pracowni.

Jerzy Kędziora „JotKa” artysta przez duże A pozwolił mi dotknąć swojej artystycznej duszy i to w miejscu, gdzie rodzi się jego sztuka. Zaimponował mi w jaki sposób łączy sztukę z wiedzą inżynieryjną i tym że pozostaje wierny sobie. Nie wspomnę o fantastycznym humorze artysty i dystansie do samego siebie. Ale przede wszystkim z naszej rozmowy wyciągnęłam przepiękny wniosek: zawsze myśli o tym, by jego rzeźby przynosiły korzyść innym.

]Walory terapeutyczne rzeźb Jerzego Kędziory zostały dostrzeżone już dużo wcześniej. Wystarczy przypomnieć zaproszenie artysty do udziału w projekcie „Zdrowe Miasto”, które zainicjował jeden z czeskich parlamentarzystów. Czy też wystawy organizowane przy berlińskich klinikach Czerwonego Krzyża. Jerzy Kędziora wspomniał, że nawet w trakcie przygotowywania się do cyklu „Portret Polaka czasów transformacji” w latach 80. XX wieku, kiedy to zderzyliśmy się z nową rzeczywistością, lina symbolizowała krawędź, na którą weszliśmy i szukaliśmy rozwiązań ocierając się o nasze wybory”. To właśnie wtedy artysta pomyślał o czymś balansującym. Wygiął z drutu pajacyka, obciążył kulkami gliny i … I tak powstały pierwsze balansujące rzeźby.

Główna pracownia artysty w Poczesnej pod Częstochową, miejsce w którym mieszka i pracuje również pozostaje otwarte dla każdego, kto pragnie zetknąć się z jego rzeźbami. Odwiedzają je często różne grupy ludzi dotkniętych przez los, próbujących odnaleźć równowagę w życiu wewnętrznym.

 

Pracownia krakowska to najnowsze działanie Jerzego Kędziory, które ma przynieść pozytywne efekty terapeutyczne. Projekt realizowany wspólnie ze szpitalem im. dr. J. Babińskiego w Krakowie: to projekt destygmatyzacji szpitala psychiatrycznego. 
Sam artysta mówi, że w szpitalu jest dobra energia i ma nadzieję, że balansujące rzeźby – będące częścią wystawy „Wiwisekcja” – przyciągną do tego pięknego zabytkowego zespołu szpitalno-parkowego nie tylko pacjentów ale również zwykłych krakowian.

Między drzewami nad naszymi głowami balansuje m.in rzeźba ze znakiem nieskończoności i niepełną głową będącą symbolem problemów z jakimi borykają się pacjenci szpitala. 
Innym takim przykładem jest figura dziewczynki na kole Balansująca rzeźba, która powstała z myślą o młodszych pacjentach i odwiedzających wystawę. Jestem pewna, że spacerując po tym pięknym parku, wcześniej czy później odnajdziecie rzeźbę, która pomoże Wam odnieść się do Waszej własnej rzeczywistości.

Pan Jerzy ma głowę pełną pomysłów i planów na przyszłość. Zanim wpadł na pomysł rzeźb balansujących, miał już daleko zaawansowany w projekt pt. „Poczet polskich postaci legendarnych, prehistorycznych i wróżebnych”. I chciałby do niego wrócić. To ma być pewnego rodzaju zabawa w wymyślanie legend. Zależy mu na tym, żeby wciągnąć w tą zabawę ludzi.

W między czasie w głównej pracowni w Poczesnej artysta pracuje nad rzeźbą mającą upamiętnić podniebne spacery po linie francuskiego linoskoczka Philippe’a Petit. Jego balansująca rzeźba ma przypomnieć o osiągnięciach Francuza, który m.in. przeszedł w Nowym Jorku między wieżami World Trade Center, czy pokonał na linie odległość nad fiordem w Sydney. Czekam na nią z niecierpliwością! Tak jak na kolejne spotkanie z artystą.


O Artyście ode mnie słów tylko kilka: [/tg_small_content]

 

Jerzy Kędziora „JotKa” jest artystą znanym na całym świecie. Jego rzeźby można oglądać zarówno w Europie jaki w USA, a nawet w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Zachwycał różne osobowości w tym m.in burmistrza Miami Tomasa P. Regalado. To z jego inicjatywy ale też innych fanów artysty, miasto Miami ogłosiło w 2015 roku dzień 27 luty Dniem Jerzego Kędziory.

Pseudonim JotKa, który pojawia się też w logo artysty jest nie tylko formą skrótu od pierwszych liter nazwiska autora. Historia powstania pseudonimu „JotKa” ma drugie dno, głębsze i bardziej emocjonalne. Artysta zdradził mi, że jego matka prowadziła po wojnie swój własny biznes. Jerzy Kędziora jako młody chłopak wspierał matkę i zauważył, że na metce jest skrót J.K. pochodzący od nazwiska matki, Janina Kędziora. Również nazwisko panieńskie matki zaczynało się na literę K – Kobylańska. Artysta postanowił kontynuować tradycję i podpisywać się skrótem modyfikując trochę jego pisownię – i tak powstała “JotKa”.

Pracownia Jerzego Kędziory w Krakowie

 

10.01.2020by admin
Page 2 of 2«12

Kategorie

  • Autorka
  • Easy Yachting
  • Historie osobiste
  • Opowiadania
  • Podróże
Ludzie

OPOWIADANIA

To teksty o bardziej literackim charakterze, w których fikcja splata się z osobistymi doświadczeniami oraz zasłyszanymi historiami. Różnorodne opowiadania – kto wie, być może są to pierwsze rozdziały przyszłej książki.

Miejsca

HISTORIE OSOBISTE

Piszę, bo chcę mówić o emocjach — nie tylko je czuć. Moje historie nie mają nikogo ranić ani niczego narzucać. Wierzę, że inni mogą się w nich odnaleźć, a mój sposób patrzenia na świat może pomóc spojrzeć na życie z innej perspektywy.

Chwile ulotne

PODRÓŻE

W czasie podróży spotykam ludzi i doświadczam odmiennych kultur oraz religii, które pokazują mi, że świat może wyglądać zupełnie inaczej, i że ten inny świat ma do tego pełne prawo. Uczę się szacunku, otwartości i pokory. Z każdej podróży wracam z nową lekcją, czasem to myśl, czasem emocja, a czasem zupełnie nowe spojrzenie. Tymi właśnie doświadczeniami, refleksjami i opisami miejsc chcę się tutaj z Tobą dzielić.

Ludzie

Jestem zwykłą, prostą kobietą. Moja głowa jest za to pełna historii. Nazbierało się ich tyle, że w końcu musiały wybrzmieć. Dlatego piszę – o tym co jest moją siłą i o doświadczeniach, które pomogły mi na nowo poukładać wartości. Jestem Aga. Opowiadam historie. Dla siebie. I dla Ciebie.

Cabo Verde dziecko Dzień Matki dzień ojca easy yachting Karaiby katamaran matka morze karaibskie ocean podróż podróże wyspy karaibskie yachting życie

“I started with Brixton to provide you with daily fresh new ideas about trends. It is a very clean and elegant Wordpress Theme suitable for every blogger. Perfect for sharing your lifestyle.”

Przyglądam się wszystkim ludziom,

sobie zaś najuważniej.

© 2025 Aga opowiada