• HOME
  • OPOWIADANIA
  • HISTORIE OSOBISTE
  • PODRÓŻE
  • AUTORKA
Aga Opowiada – Krótkie historie - The value of emotions come from sharing them, not from having them
  • Opowiadania
  • Historie osobiste
  • Podróże
  • Autorka
Aga Opowiada – Krótkie historie - The value of emotions come from sharing them, not from having them
  • Opowiadania
  • Historie osobiste
  • Podróże
  • Autorka
Aga Opowiada – Krótkie historie - The value of emotions come from sharing them, not from having them

Kategorie

  • Autorka (3)
  • Easy Yachting (10)
  • Historie osobiste (9)
  • Opowiadania (5)
  • Podróże (11)

Aga opowiada - Podróże z refleksją

Podróże nauczyły mnie otwartości i dystansu – do siebie i do życia.
Zwłaszcza te do miejsc prostych, mniej cywilizowanych, gdzie ludzie żyją inaczej.
Z perspektywy czasu myślę, że mądrzej.

To właśnie tam znów zrozumiałam, że Europa, w której żyję, nie jest pępkiem świata.
I że to, co proste, potrafi być naprawdę piękne i dobre.

Dlatego postanowiłam pisać te relacje.Ale nie znajdziesz tu przewodnika turystycznego. To opowieści z podróży – z ludźmi, emocjami i refleksją.

Podróże

Stachu, ale luksus!


Rocznice mają to do siebie, że uruchamiają wspomnienia. Wczoraj, przeglądając z mężem zdjęcia z naszej podróży poślubnej, uświadomiłam sobie, jak bardzo tamten pierwszy rejs wpłynął na to, kim jesteśmy dzisiaj.

09.09.2006 r.

Po północy zwinęliśmy się z przyjęcia ślubnego, pojechaliśmy do mieszkania, żeby szybko się przebrać w sportowe ciuchy, zabraliśmy kasę z kopert, spakowaliśmy walizki i w drogę… Już wtedy wiedzieliśmy, jak cenny jest czas, i lubiliśmy dobrze go wykorzystywać.
Gości przenieśliśmy z restauracji do klubu Alchemia, gdzie impreza trwała dalej, życzyliśmy im miłej zabawy, a sami ruszyliśmy przez noc do Chorwacji.
Mój, od kilku godzin już mąż, wszystko zorganizował. Nawet udało się wyjątkowo rozpocząć rejs w niedzielę, co w Chorwacji nie jest wcale takie oczywiste (czartery zwykle zaczynają się od soboty).

Dotarliśmy nad ranem i wyruszyliśmy w nasz pierwszy wspólny rejs. W marinie czekała na nas, z dzisiejszej perspektywy łódeczka, a wtedy luksusowy jacht żaglowy Bavaria 30. Według danych fabrycznych: 9,45 metra długości, 3,29 metra szerokości, zanurzenie 1,85 metra, a jego wielkość pozwala na komfortową żeglugę dla 4–6 osób, które mogą korzystać z dwóch kabin. A my mieliśmy ten jacht tylko dla siebie. O katamaranie nawet nie śniłam wtedy.

To był mój pierwszy rejs żeglarski. Nie miałam żadnych umiejętności, żadnych patentów, musiałam zaufać mężowi. I to był taki pierwszy test naszego małżeństwa.

Na łódce czekała na nas niespodzianka od armatora, butelka wina i winogrona. Załadowaliśmy bagaże, oddaliśmy cumy i odpłynęliśmy, w dosłownym i w przenośnym tego słowa znaczeniu.

Lubię wracać do wspomnień, bo one przypominają mi, ile przeżyłam, skąd biorę się dzisiejsza ja i przede wszystkim pokazują, co naprawdę ma dla mnie znaczenie. Wspomnienia to taki zbiór danych, którymi możesz mierzyć swoje życie. One pokazują, jak było i jak jest, pozwalają zweryfikować własne działania.

Rejs był dla nas testem, sprawdził zaufanie i reakcje w różnych sytuacjach. Bo życie jest jak pogoda na morzu, zmienne. I taką pogodę mieliśmy podczas naszego rejsu: słoneczną, spokojną, ale też sztormową. W te piękne dni było łatwo, kąpiele słoneczne, pływanie tak, jak nas Bozia stworzyła, w krystalicznej wodzie, przepływanie od wysepki do wysepki, zwiedzanie miasteczek. Ale bywało też trudniej, silny, porywisty wiatr, zacięty grot, konieczność wjechania na maszt, zaklinowana kotwica i szukanie sposobu, jak ją wyciągnąć. To były sytuacje, które przygotowywały nas na dalsze wspólne życie i pokazywały, że w każdej sytuacji damy radę, jeśli jesteśmy razem.

Ten rejs wyznaczył też nasze standardy, a ja odkryłam nową miłość, miłość do żeglowania. I zdefiniowałam dla siebie luksus. Leżałam na dziobie jachtu i patrzyłam na słońce wychylające się zza żagla. Miło bujało, więc raz się pojawiało, raz chowało za białym żagielkiem. Do tego dźwięk chlupiącej wody o burtę jachtu… Pamiętam, że zwróciłam się do męża:
– Stachu?
– Tak?
– Ale luksus…

I w tym luksusie żyję do dzisiaj. Nie wyszłam za mąż, żeby urodzić dzieci, zbudować dom i posadzić drzewo. Wyszłam za mąż, by spędzać jak najpiękniej życie razem. A jak wyjdzie, to życie pokaże.
Naszym celem było spędzać jak najwięcej czasu razem. Być blisko. Naszym celem było spędzać jak najwięcej czasu razem. Być blisko.
Naiwne? Nie wiem. Ale działa do dziś! Bo życie samo układa dla nas scenariusz bazując na wcześniej „zebranych danych”.

09.09.2025by Agnes
Podróże

Życie w trybie slow motion

Tak żyje się na wyspie Bornholm, spokojne i bez pośpiechu.
Tu czas wcale nie zwalnia, to ty zwalniasz i zyskujesz przestrzeń, by naprawdę zobaczyć i usłyszeć siebie.

Mało ludzi, dużo przestrzeni. Też wypatrujesz takiego miejsca?

Bornholm to niewielka duńska wyspa często nazywana „perłą Bałtyku”, leżąca bliżej Szwecji niż kontynentalnej Danii. Ma zaledwie 30 na 40 kilometrów i mieszka tu niecałe 40 tysięcy ludzi, więc jest spokojnie, cicho i lokalnie. 

Południe wyspy to miejsce dla tych, którzy kochają plaże, te piaszczyste i prawie puste. Natomiast północ to skaliste klify, ostre linie brzegowe i surowe piękno.

Załadowaliśmy z mężem auto na prom i w niecałe cztery godziny byliśmy na miejscu.


Podróż mierzona w nowych znajomościach, a nie w pokonanych kilometrach

Wybrałam się w podróż bez planu, bez presji zwiedzania czy robienia czegokolwiek.
Nie zawsze da się albo trzeba zaplanować wszystko. Czasem warto świadomie sobie odpuścić, pozwolić rzeczom płynąć w swoim tempie, a wtedy nastąpi to, co powinno nastąpić. Pojawi się jakby znikąd, a właściwie z naszej ciekawości i otwartości na to, co nas otacza.

I tak właśnie było na Bornholmie.

Spokojny długi spacer po plaży, kilka spotkanych osób po drodze… Już miałam zawrócić, gdy przyciągnęły mnie kolorowe kamienie ułożone na skalnych półkach. Mała galeria z „obrazami”, każdy z innym motywem, każdy piękny i pokazujący wyspę oczami artysty.

Po chwili pojawiła się rodzina, którą mijałam wcześniej. Tak, to była ich galeria, a właściwie dzieło córki, Marlene. Tak nawiązała się fajna znajomość.
– Przyjdź jutro – zachęcała Marlene. – Będą nowe rzeczy.
I jak obiecała młoda artystka, w galerii przybywało nowych dzieł sztuki.

W ostatnim dniu Marlene zaproponowała mi, abym wybrała sobie coś na pamiątkę. Zdecydowałam się na kamień z okiem. Bo moje oko dostrzegło tę galerię, a może to oko mnie wypatrzyło i ściągnęło wzrokiem?


Cisza z zewnątrz robi miejsce w środku

Kiedy wchodzisz w tryb slow motion, otwierają się zmysły.
I nagle słyszysz swój własny oddech.
Słowa, które nie zostały wypowiedziane.
Potrzeby, które do tej pory ginęły w chaosie wszystkich spraw.

Patrzysz na kamień porośnięty glonami i czujesz się ukołysana.
W kępce wodorostów na piasku, które obmywają fale, dostrzegasz serce.
Nawet kamyki, o które potykasz się na plaży uśmiechają się do Ciebie.

To nie iluzja. I nie zwariowałam.
Kiedy znika cywilizacyjny hałas i rezygnujesz z natłoku bodźców, zaczynasz widzieć inaczej.
Przestajesz rozglądać się w pośpiechu zmęczonymi oczami, a zaczynasz widzieć oczami swojej prawdziwej natury. Zaczynasz widzieć świat takim, jaką jesteś w środku.

Można po prostu… być

Może tak miało być, że to nie ja miałam plan na wyspę, tylko wyspa na mnie.
Szeptała: Zwolnij. Nie musisz nic więcej. Wystarczy, że jesteś.

Zamiast gonić od atrakcji do atrakcji, można po prostu… być. I w tym „byciu” zadziało się najwięcej. Uporządkowałam chaos w swojej duszy.

Olga Tokarczuk napisała, że gdyby spojrzeć na świat z góry, zobaczylibyśmy ludzi biegających w pośpiechu, spoconych i bardzo zmęczonych i ich dusze, które nie nadążają za swoimi właścicielami.
Dusze wiedzą, że zgubiły swojego właściciela, ale ludzie często nawet nie zauważają, że zgubili własną duszę.
Może największą odwagą dzisiaj jest umieć się zatrzymać i poczekać na siebie.

10.08.2025by Agnes
Podróże

To, co proste, jest dobre

Czy to czas stanął w miejscu, czy ja się zatrzymałam?

Na Wyspach Zielonego Przylądka oddychałam wolniej i spokojniej. Patrzyłam szerzej, widziałam wyraźniej, a przede wszystkim miałam większą zdolność odczuwania, odbierania i rozumienia emocji.

Spędziłam na Cabo ponad trzy tygodnie. Odwiedziłam dziewięć z dziesięciu zamieszkanych wysp. Jacht był moim domem i jednocześnie środkiem transportu.

Wyspy przyjęły mnie z otwartymi ramionami, choć postawiły jeden warunek – musiałam schować ego do kieszeni i zapomnieć o swoich europejskich przyzwyczajeniach. Zrobiłam więc to, co każdy powinien zrobić odwiedzając obcy kraj: uszanowałam lokalne zwyczaje. Po pierwsze z szacunku, po drugie, by naprawdę poczuć klimat tego miejsca.

Nie będzie to przewodnik turystyczny. Nie czuję się wystarczająco kompetentna, by pełnić taką rolę. Mam za to potrzebę podzielenia się tym, co zobaczyłam, poczułam i czego doświadczyłam. Podróże zawsze przynoszą nowe doświadczenia i każdy odbiera je inaczej.  


Największą wartością, jaką dał mi pobyt na Cabo Verde, jest uświadomienie sobie, jak ważną rolę w naszym życiu pełnią emocje – wszystkie emocje. To, jak sobie z nimi radzimy, jak je przeżywamy, przekłada się bezpośrednio na jakość naszego życia i relacji. Emocje są piękne. Czuć znaczy żyć!

Ubolewam, że w naszej kulturze wyrażanie uczuć nadal bywa uznawane za słabość. Nic bardziej mylnego, ale do tego wniosku każdy musi dojść sam.
Zapraszam Cię więc na Cabo Verde widziane moimi oczami i moim sercem.

Jedna z legend głosi, że kiedy Bóg stworzył ziemię, zatarł ręce z zadowolenia, a okruszki, które spadły mu z dłoni, wpadły do Oceanu Atlantyckiego i stworzyły Wyspy Zielonego Przylądka. Państwo pełne przyrodniczego bogactwa, ale o bolesnej historii.

 

Cabo Verde – Ludzie


Są po prostu prawdziwi!

Kiedy to powiedziałam, aż szerzej otworzyłam oczy. Czyżby historia zatoczyła koło? W książce Agnieszki Jucewicz „Czując. Rozmowy o emocjach” przeczytałam, że w rozwoju nie chodzi o bycie lepszym, lecz bardziej prawdziwym człowiekiem. Nic dziwnego, że my, ludzie Zachodu, żyjemy w stresie i musimy na nowo uczyć się autentyczności. Platon słusznie twierdził, że to, czego się uczymy, jest często przypominaniem tego, co już kiedyś wiedzieliśmy.

W rozmowach z Kabowerdeńczykami odczuwałam dumę i honor. W ich oczach widziałam odbicie historii wysp, które w XV wieku były centrum handlu afrykańskimi niewolnikami. Dopiero w 1975 roku, po długiej kolonialnej przeszłości, mieszkańcy Cabo Verde odzyskali niepodległość.

Życie na wyspach nigdy nie było łatwe. Susze i głód zmusiły wielu – zwłaszcza mężczyzn – do emigracji za chlebem. Pozostała jednak tęsknota rodzin za bliskimi i za samym Cabo.

 

Cabo Verde – Muzyka


Nie ma Cabo bez muzyki. Nie ma Cabo bez „Sodade” – nostalgii, o której tak pięknie śpiewała Cesária Évora. Sodade oddaje ból, smutek i tęsknotę, wpisane w historię tego kraju. Zaskakujące, że tak niewielki kraj – liczący około pół miliona mieszkańców – stworzył swoją unikalną muzykę i niepowtarzalną tożsamość.

Cabo Verde – Ryby! Ryby! Ryby!

Nie ma Cabo również bez ryb! Do połowów używane są proste łódki z żaglami zrobionymi z worków po ryżu, cukrze czy zbożu. Miałam wrażenie, że Kabowerdeńczycy mają aż przesyt ryb i tęsknią za tym, co u nas jest powszechne – warzywami. Uprawa roli jest tu trudna, bo na wielu wyspach niemal brakuje wody – deszcz pada czasem zaledwie dwa razy w roku.

 

Cabo Verde – Natura: Góry, plaże, solanki, wulkany

PLAŻE – najpiękniejsze znalazłam na wyspie Boa Vista, prawdziwej „piaskownicy”. Nic dziwnego, że upodobały ją sobie żółwie morskie, które tutaj składają jaja.

GÓRY – z wybrzeża mogą wyglądać jak suche i nieprzyjazne skały. Jednak gdy zajrzysz do ich wnętrza, odkryjesz raj. Pokryte zielenią i delikatną mgłą przypominają ogród pełen życia.

 

Cabo Verde – Fogo, czyli ogień


Fogo to wulkaniczna wyspa, której nazwa oznacza ogień. Mimo regularnych erupcji (ostatnie miały miejsce w 1995 i 2014 roku), mieszkańcy nie chcą opuszczać tej wyspy. To musi być prawdziwa miłość. Choć Cabo Verde jest jednym państwem, każda wyspa stanowi osobną ojczyznę dla swoich mieszkańców.

THE END

Powyższy wpis dedykuję Emi, którą poznałam podczas pierwszej żeglugi między wyspami w listopadzie 2012, i która nadal żyje na Wyspach. A nasza przyjaźń trwa do dziś 💙

08.07.2025by Agnes
Podróże

Zimą po Adriatyku żeglują tylko Polacy

Rejs Sylwestrowy 2007/2008: Czarnogóra – Chorwacja

Przy okazji robienia porządków natrafiłam na numer magazynu „Jachting” z 2008 roku, a w nim swój artykuł o niemal zapomnianym rejsie po Adriatyku z przełomu 2007/2008 – „Zimą po Adriatyku żeglują tylko Polacy”.

Podróż samochodem

Naszą przygodę zaczęliśmy od podróży samochodem do Kotoru w Czarnogórze. Wybraliśmy trasę nieoczywistą, prowadzącą przez Słowację, Węgry, Chorwację oraz Bośnię i Hercegowinę.

Drogi, często wijące się serpentynami, oferowały spektakularne widoki na potężne, skaliste i pokryte śniegiem góry. Najbardziej zapadł mi w pamięć wąski, drewniany most nad kanionem rzeki Piva, łączący Bośnię i Hercegowinę z Czarnogórą. Przeprawa po tym moście przypominała scenę z filmu przygodowego.

 

Kotor

Rankiem, gdy wypływaliśmy z Kotoru, nad zatoką unosiła się mgła. Była tak gęsta, że oddzielała góry od ich odbicia w spokojnej wodzie.

Poczuliśmy się, jakbyśmy znaleźli się na alpejskim jeziorze, otoczonym mistycznym krajobrazem. Nie bez powodu Zatokę Kotorską nazywa się adriatyckim fiordem.
Przepływając obok malowniczych wysepek – Sveti Djordje oraz Gospa od Skrpjela – mieliśmy wrażenie, że unoszą się one ponad taflą wody, co potęgowało surrealistyczną atmosferę tego miejsca.

 

Dubrownik

Po dopłynięciu do Dubrownika odkryliśmy, że marina była prawie całkowicie opustoszała, z wyjątkiem czterech jachtów – wszystkie z polskimi załogami.
Pracownik kapitanatu, z uśmiechem, skomentował naszą obecność słowami: „Very brave Polish people! We have only Polish guests here now, in winter.”
Teraz już wiesz, skąd pomysł na tytuł artykułu.


Z Dubrownika skierowaliśmy się w stronę wyspy Mljet, do miejscowości Polace. Dotarliśmy tam już po zmroku i niemalże wpadliśmy na skały przy wejściu do zatoki. Niebezpieczne skaliste formacje nie były widoczne na jachtowym chartplotterze, ale dzięki dodatkowym, starym mapom na laptopie oraz reflektorowi udało się uniknąć katastrofy.

 

Korczula

Następny przystanek – Korczula, którą znałam i lubiłam z wcześniejszych rejsów. Tym razem wyspa była jednak zupełnie inna. W marinie byliśmy jedynymi gośćmi, a miasteczko wyglądało jakby zapadło w zimowy sen. Wszystkie sklepy i restauracje były zamknięte, a jedynymi towarzyszami naszej wizyty były wygłodniałe, dzikie koty.

 

Ech, kim byłbym, gdyby nie wspomnienia?

Żeglowanie zimą po Adriatyku było niezwykłym doświadczeniem. Całkowicie obca sobie załoga szybko znalazła wspólny język, wytyczając wspólnie trasę i dzieląc radość z odkrywania nowych miejsc. Z tej wyprawy zrodziła się trwała przyjaźń, bo nic nie łączy ludzi tak, jak wspólna pasja i obcowanie z naturą.

Myślę, że najwyższy czas, aby tam wrócić. Jachty pewnie są już inne, ale wciąż czekają na odważnych żeglarzy.

 

23.04.2024by Agnes
Podróże

Karnawał na Karaibach

Święto wolności ducha i ciała

Zima w Europie to idealny czas na żeglowanie po Karaibach. To też czas Karnawału! I właśnie temu poświęcam dzisiejszy wpis na moim blogu. Zapraszam Cię na Karnawał na Trynidad i Tobago. Baw się dobrze!

 

 

Historia karnawału … króciutko


Tradycja zabaw karnawałowych na wyspach sięga XVII w. Została przywieziona na wyspy ze starego kontynentu w czasach kolonializmu, ale tę formę karnawału, którą znamy dzisiaj zawdzięczamy afrykańskim niewolnikom. Po zniesieniu niewolnictwa na wyspach zależnych od Korony Brytyjskiej w 1834 r. ludność afro-karaibska celebrowała karnawał świętując odzyskanie wolności. I tak świętowany jest rok w rok do dzisiaj. 

Parodia i Euforia

Karnawałowe kostiumy i taniec zachwycają cały świat. Ale czy wiesz, że to co dzisiaj podziwiamy wywodzi się z parodii i przedrzeźniana białych kolonizatorów? Jeszcze przed wyzwoleniem i odzyskaniem pełnych praw przez niewolników, Afro-Karaibczycy organizowali tzw. masquerade (maskarady). Wyganiani z balów maskaradowych Francuzów organizowali własne mini-karnawały łącząc pompatyczne stroje białych Europejczyków z tradycjami parad i festiwali własnych afrykańskich kultur.

Karnawał w rytmie muzyki Soca

Calypso – muzyka związana z karnawałem karaibskim ma swoje korzenie w Afryce. Zarówno stroje jak i muzyka ewaluowały. Dziś dominującym gatunkiem muzycznym i tańcem jest Soca – „Soul of Calypso”. To bardzo energiczna muzyka związana z sensualnym tańcem opartym na płynnym okrężnym ruchu bioder, zwanym „whine”.
Whine”y opierają się na ruchach pełnych wdzięku lub bardziej agresywnych. I możesz mi wierzyć lub nie, tu naprawdę chodzi o taniec! Cała reszta to nasza wyobraźnia.

 

Karaibskie ostatki

Ja najlepiej bawiłam się na J’ouvert i na paradach.

J’ouvert, czyli świt

Festiwal J’ouvert rozpoczyna się w poniedziałek na długo przed świtem i osiąga swój szaleńczy szczyt kilka godzin po wschodzie słońca. W Trynidadzie i Tobago oraz Grenadzie tradycja polega na rozmazywaniu farb, błota lub oleju na ciałach uczestników zwanych „ Jab Jabs ”. Dlatego zaopatrzyłam się w czepek pod prysznic i założyłam na siebie najgorsze ciuchy jakie miałam. Zabawa była przednia, chociaż dla jednego z naszych znajomych, który miał długie włosy skończyła się goleniem głowy. Imprezy nie dało się już zmyć , ani rozczesać.

Parada kostiumów i grup grających na metalowych bębnach

W ostatnie dwa dni Karnawału całe państwo Trynidad i Tobago świętuje. Wszyscy mają wolne i wszystko koncentruje się wokół jednego – Festiwalu. W końcu Matka Karaibskiego Karnawału jest jedna i jest nią Trynidad i Tobago!

Niezależnie czy jest się młodym czy starym, chudym czy grubym – ani wiek, ani wygląd nie mają żadnego znaczenia. Każdy może wziąć udział w paradzie. Każdy może przyłączyć się w dowolnej chwili do dowolnej grupy, tańczyć i poczuć się wolnym!

I po Karnawale!

Żaden opis nie odda tego uczucia i atmosfery jaka panuje podczas Karnawału. To po prostu trzeba chociaż raz w życiu przeżyć i przetańczyć.

Ale mnie ciekawi, jakie Ty masz odczucia po przeczytaniu historii Karaibskiego Karnawału i obejrzeniu zdjęć oraz posłuchaniu muzyki Soca? Dziennikarze chcą często wzbudzić zainteresowanie i ekscytację opisują taniec i muzykę jako prowokacyjną zabawę z miejscowymi skąpo odzianymi dziewczynami. Rzadko ktoś chce poznać historię Karnawału i dowiedzieć się jakie jest tło jej celebrowania. Często nadal zabawy karnawałowe określane są jako dzikie, wulgarne i niebezpieczne.
Nawiązując do historii przypomnę tylko, że to co oglądamy jest parodią ludności starego kontynentu, czyli trochę nas samych.

Mnie nasuwa się jeden wniosek: zanim ocenimy po wyglądzie, posłuchajmy i poznajmy. A jak się spodoba, to po prostu bawmy się w czasie, który jest na tę zabawę przeznaczony.

A jak udał się sam rejs?

Pomijając fakt, że podczas nocnej wachty oberwałam latającą rybą w głowę, to był bardzo przyjemny 😀 Wyruszyliśmy odpowiednio wcześnie z Martyniki zatrzymując się po drodze na St. Vincent i Grenadynach, Carriacou, Grenadzie. Podczas całej żeglugi, szczególnie zbliżając się do Trynidadu i Tobago musieliśmy uważać na oddziaływające na jacht prądy. Jest to też akwen, na którym teoria mówi swoje, a natura pokazuje swoje. Nie da się do końca przewidzieć ani kierunku ani siły prądów. Trzeba założyć sobie odpowiedni bufor i uważać, tym bardziej, że na tym kawałku oceanu można się natknąć na różne obiekty Ciekawie było też, kiedy mijaliśmy zakotwiczone na oceanie – ok. 12 mil od wybrzeża Trynidadu i Tobago – platformy wiertnicze.
Robiło wrażenie! W końcu Trynidad i Tobago – ropa i karnawał!

 

 

16.02.2023by Agnes
Autorka, Opowiadania, Podróże

Raz na fali, raz pod falą

Jak często narzekasz, że jest Ci źle? Jak często słyszysz, że ktoś narzeka, że jest mu źle? Gdybym teraz wymieniła wszystkie smutne rzeczy, które wydarzyły się ostatnio w moim życiu, to mogłabym się pokusić na stwierdzenie, że zalało mnie tsunami. Wy byście mi wtedy współczuli, okazywali empatię, a ja przyjmowałabym te głaski i pogrążała w jeszcze większym nieszczęściu.

To spójrzmy, jak było naprawdę i co wydarzyło się przez ostatni rok, a właściwie rok i dwa miesiące.

Pod koniec października 2021 roku poddałam się operacji kręgosłupa szyjnego. Nie miałam wyboru. Ryzyko wylądowania na wózku inwalidzkim było zbyt duże. Chociaż zniosłam operację bardzo dobrze, a i rehabilitacja poszła po mojej i lekarza myśli, to nie znaczy, że nie cierpiałam, i że było mi łatwo. W tym samym czasie zatrudniłam osobę, która miała mi pomóc rozwinąć firmę. Niestety dokonałam złego wyboru. Kosztowało mnie to nie tylko pieniądze, ale też dość sporo czasu. Dopadł mnie wtedy kryzys. Zaczęłam wątpić w to, czy w ogóle uda mi się znaleźć odpowiedniego partnera do współpracy. Chwilę później wybuchła jeszcze większa bomba. Na początku lutego dowiedziałam się, że moja mama ma wznowę choroby nowotworowej. Mama przegrała walkę o życie pod koniec października. Czas towarzyszenia mamie w chorobie był bardzo wyczerpujący – fizycznie, jak i psychicznie. Wie to każdy, kto miał podobne doświadczenie. Ale to nie był koniec. Niecały miesiąc później zachorowałam na covid. Chorobę przeszłam ciężko i nie obyło się bez powikłań. Nadal z nimi walczę.

Dużo tego prawda? Ale uwaga! Były też piękne i pozytywne chwile. Między Świętami Bożego Narodzenia a Nowym Rokiem 2022 przeprowadziłam firmę do nowego pięknego miejsca. Trzy miesiące po operacji, a przed informacją o chorobie mamy popłynęłam w rejs po Karaibach. Żeglowanie, a w szczególności easy yachting na katamaranie to moja prawdziwa pasja. Kocham życie na jachcie, a na Karaibach czuję się jak w domu.

Nadal szukałam ludzi do współpracy i w końcu dobrze trafiłam. W moim życiu zawodowym pojawili się konsultanci Joanna i Gerard, którzy wspierają mnie w dążeniu do celu. Ich biznesowe wsparcie jest wartościowe. Jestem też wdzięczna za ich ogromną empatię. Bo to jak się okazuje nie musi się wykluczać. W między czasie uruchomiłam rekrutację do działu sprzedaży. Rekrutacja to trudny proces, ale udało się, a ja właśnie opublikowałam ofertę pracy dla marketera. Firma fajnie się rozwija. Rośniemy! Później były moje urodziny. A że życie miewa czasami dziwne poczucie humoru, to wypadły w dzień pogrzebu mojej mamy. Ale ktoś zadbał o wyjątkowe chwile z tej okazji. Kiedy byłam pogrążona w żałobie mój mąż i cała banda bliskich mi ludzi pracowali nad tym, by bolało mniej. Magia zadziała się dużo wcześniej. Jeszcze przed wyjazdem na pogrzeb powiedziałam mężowi, że po pogrzebie wracam do nauki gry na gitarze. W drodze powrotnej spotkaliśmy na stacji benzynowej chłopaka, który siedział na parkingu i grał na gitarze. A w domu czekał na mnie wspaniały prezent, gitara! Byłam wzruszona. W tajemnicy przede mną była konsultacja z moim nauczycielem, było głosowanie, była własnoręcznie robiona kartka urodzinowa z podpisami wszystkich, pakowanie, dostarczenie gitary do mieszkania pod moją nieobecność, a na koniec jeszcze wierszyk.

I tak dotarłam do końca mojej opowieści noworocznej. Po co to piszę i kogo to w ogóle może obchodzić?

Piszę o tym, ponieważ my ludzie jesteśmy tak skonstruowani, że najbardziej widzimy i skupiamy się na przykrych doświadczeniach. I często mówimy, że jesteśmy nieszczęśliwi, a tak naprawdę mylimy bycie nieszczęśliwym z cierpieniem. A jak pisze Frederic Lenoir w swojej książce „O szczęściu. Podróż filozoficzna”, choć na pierwszy rzut oka to się wydaje paradoksalne, można jednocześnie cierpieć i być szczęśliwym. Cierpienie jest nieuniknione, ale nieszczęście nie jest nieuniknione. Można być trwale szczęśliwym, a jednocześnie cierpieć I , o ile cierpienie jest przejściowe, nie musi nas pogrążać w nieszczęściu. Cierpienie to zjawisko powszechne, ale nie niezmienne. Wszyscy go doświadczamy, jednak nie każdy z nas jest z tego powodu nieszczęśliwy. Życzę Wam i sobie, abyśmy spojrzeli na definicję szczęścia, jak na miłość do życia, ale ze wszystkimi jego odcieniami. Wszystkiego pozytywnego!

12.01.2023by Agnes
Page 1 of 212»

Kategorie

  • Autorka
  • Easy Yachting
  • Historie osobiste
  • Opowiadania
  • Podróże
Ludzie

OPOWIADANIA

To teksty o bardziej literackim charakterze, w których fikcja splata się z osobistymi doświadczeniami oraz zasłyszanymi historiami. Różnorodne opowiadania – kto wie, być może są to pierwsze rozdziały przyszłej książki.

Miejsca

HISTORIE OSOBISTE

Piszę, bo chcę mówić o emocjach — nie tylko je czuć. Moje historie nie mają nikogo ranić ani niczego narzucać. Wierzę, że inni mogą się w nich odnaleźć, a mój sposób patrzenia na świat może pomóc spojrzeć na życie z innej perspektywy.

Chwile ulotne

PODRÓŻE

W czasie podróży spotykam ludzi i doświadczam odmiennych kultur oraz religii, które pokazują mi, że świat może wyglądać zupełnie inaczej, i że ten inny świat ma do tego pełne prawo. Uczę się szacunku, otwartości i pokory. Z każdej podróży wracam z nową lekcją, czasem to myśl, czasem emocja, a czasem zupełnie nowe spojrzenie. Tymi właśnie doświadczeniami, refleksjami i opisami miejsc chcę się tutaj z Tobą dzielić.

Ludzie

Jestem zwykłą, prostą kobietą. Moja głowa jest za to pełna historii. Nazbierało się ich tyle, że w końcu musiały wybrzmieć. Dlatego piszę – o tym co jest moją siłą i o doświadczeniach, które pomogły mi na nowo poukładać wartości. Jestem Aga. Opowiadam historie. Dla siebie. I dla Ciebie.

Cabo Verde dziecko Dzień Matki dzień ojca easy yachting Karaiby katamaran matka morze karaibskie ocean podróż podróże wyspy karaibskie yachting życie

“I started with Brixton to provide you with daily fresh new ideas about trends. It is a very clean and elegant Wordpress Theme suitable for every blogger. Perfect for sharing your lifestyle.”

Przyglądam się wszystkim ludziom,

sobie zaś najuważniej.

© 2025 Aga opowiada