• HOME
  • OPOWIADANIA
  • HISTORIE OSOBISTE
  • PODRÓŻE
  • AUTORKA
Aga Opowiada – Krótkie historie - The value of emotions come from sharing them, not from having them
  • Opowiadania
  • Historie osobiste
  • Podróże
  • Autorka
Aga Opowiada – Krótkie historie - The value of emotions come from sharing them, not from having them
  • Opowiadania
  • Historie osobiste
  • Podróże
  • Autorka
Aga Opowiada – Krótkie historie - The value of emotions come from sharing them, not from having them

Kategorie

  • Autorka (3)
  • Easy Yachting (10)
  • Historie osobiste (9)
  • Opowiadania (5)
  • Podróże (11)
Easy Yachting, Podróże

Jesteśmy z Bali Mahali!

Jesteśmy z Bali Mahali! Odpowiedział Mariusz, kiedy wskakiwaliśmy do dinghy – gumowego pontonu z małym silniczkiem, a przypadkowa osoba na pomoście zapytała skąd jesteśmy.
Ta scena jeszcze bardziej utwierdziła mnie w przekonaniu, że dom to uczucie, a nie miejsce. Jestem wdzięczna, że mimo niesprzyjających warunków podjęliśmy decyzję i popłynęliśmy w rejs po Karaibach na jachcie o tytułowej nazwie Bali Mahali.

To nie będzie klasyczny artykuł opisujący wyspy i nasze przygody na jachcie. Tym razem podzielę się mądrością, którą otrzymałam po odbyciu tej podróży:
Nie ma co czekać na lepsze czasy, bo nikt nie da nam gwarancji, że takie nadejdą.

Czas i cierpliwość


Na ten rejs czekaliśmy 3 lata. Zaplanowaliśmy go w 2019r i mieliśmy dopięte wszystko na ostatni guzik: pełny skład załogi, opłacony czarter , kupione bilety lotnicze, opracowaną trasę. Ale podobno życie jest tym, co się wydarza, kiedy Ty jesteś zajęty robieniem innych planów. Tak życie wycięło nam numer. Świat ogarnęła pandemia , a lock down nie pozwalał na ruszanie się poza własne cztery ściany, a co dopiero na lot na drugi koniec świata.
Zamiast wymarzonych wakacji na jachcie w 2020r. otrzymaliśmy vouchery z możliwością ich realizacji w ograniczonym czasowo terminie.

I tak moglibyśmy czekać na bardziej odpowiedni moment do dziś, albo jeszcze dłużej, gdyby nie nasza determinacja.
Wiem, czas i cierpliwość to najpotężniejsi wojownicy, jak pisał Tołstoj, ale wszystko ma swoje granice. Postanowiliśmy nie czekać na właściwą okazję, tylko ją sobie stworzyć tu i teraz.
We wrześniu 2021 r. zaczęliśmy ponownie organizować wyprawę na Karaiby.

Okoliczności nadal nie były sprzyjające. Zewsząd docierały ostrzeżenia o nadejściu kolejnej fali koronawirusa.
Podczas gdy inni wstrzymywali swoje wyjazdy, ostrzegali, że jest zbyt niebezpiecznie, że to ryzykowne, my zebraliśmy fajną grupę ludzi i zarezerwowaliśmy termin rejsu na styczeń 2022.

Do rejsu mieliśmy jeszcze ponad cztery miesiące i bardzo liczyliśmy na to, że sytuacja się uspokoi. Tymczasem z Gwadelupy – skąd czarterowaliśmy jacht – docierały do nas niepokojące informacje o protestach i zamieszkach związanych ze zwiększeniem obostrzeń cowidowych. Lokalna ludność zaczęła wychodzić na ulice i protestować przeciwko rozporządzeniom rządowym. Sytuacja pogarszała się z dnia na dzień. Demonstrujący palili auta, blokowali ulice. Zaczęły się też zamieszki rabowanie sklepów i napady na posterunki policji.
W internecie czytaliśmy o masowych rezygnacjach z wakacji na Gwadelupie. Hotelarze załamywali ręce, a linie lotnicze informowały nas o kolejnych zmianach miejsca i godziny lotu.

Uff! Lecimy!


No prawie. Przed wylotem oprócz okazania paszportu cowidowego z minimum dwoma szczepieniami musieliśmy zrobić jeszcze test antygenowy. Dotarło do nas to, że jesteśmy tuż przed osiągnięciem naszego celu, i że mimo szczepień pozytywny wynik testu może zburzyć nasze marzenie o zostawianiu za sobą lądu i wszystkiego co się na nim działo.

Test robiliśmy w hotelu przy lotnisku i czekając na wyniki w barze przy lampce wina zupełnie zapomnieliśmy o tym, że po 20 min. mieliśmy stawić się po odbiór wyniku.
Nagle w holu pojawił się pan w białym fartuchu. Szybkim krokiem podążał w naszym kierunku. Usłyszałam tylko: A tutaj jesteście. Szukałem Was. Wymachując karteczkami nam przed nosem wykrzyczał radośnie – Lecicie!!!

Zmiana planu!


Po dotarciu na Karaiby dowiedzieliśmy się, że nasz plan płynięcia z Gwadelupy na Dominikę nie jest taki prosty do realizacji. Dominika to osobna wyspa i osobny kraj. Aby móc płynąć na wyspę musielibyśmy wypełnić mnóstwo formularzy i wysłać je wcześniej do odpowiedniego urzędu na Dominice. Poza tym obie wyspy wymagały zrobienia przez nas kolejnych testów: testu PCR przed wypłynięciem z Gwadelupy oraz testu antygenowego po dopłynięciu antygenowego na Dominikę. Z tym, że na wynik testu PCR musielibyśmy czekać na jachcie nawet do dwóch dni. Czas i koszty …
Zrobiliśmy głosowanie – 5 osób było przeciwko , trzy za podjęciem ryzyka. Ale gdyby tylko jedna osoba z naszej ośmioosobowej grupy otrzymała wynik pozytywny, wtedy musielibyśmy wszyscy odbyć kwarantannę na jachcie bez możliwości wypłynięcia z portu.

Szczęście w nieszczęściu


Gwadelupa to kraj położony na kilku większych i kilku mniejszych wyspach min.: Marie-Galante, La Désirade, Les Saintes i Petite Terre.
Wyspy różnią się od siebie i oferują wiele atrakcji dzięki temu nie opuszczając zamorskiej Francji mogliśmy poznać uroki Karaibów.

Pandemia dawała nam się jeszcze nie raz we znaki podczas tego rejsu. Szczególnie wtedy, kiedy schodziliśmy na ląd.
Ale to nie miało większego znaczenia. Bo życie na jachcie daje Ci poczucie wolności i niezależności. To uczucie, kiedy wsiadasz na pokład, oddajesz cumy i odpływasz, a wszystkie troski i zmartwienia tego lądu zostawiasz za sobą.

Życie to trzy dni: wczoraj, dziś i jutro


Jeszcze „wczoraj” walczyliśmy o to, by wyjechać. „Dzisiaj” byliśmy na Karaibach. I jeszcze nie wiedzieliśmy, że nasze „jutro” to po pandemii czas kolejnej tragedii. Po powrocie z pięknych beztroskich wakacji najpierw dowiedziałam się, że o chorobie bliskiej mi bardzo osoby, a chwilę potem wybuchła wojna na Ukrainie.
I nie nadeszły lepsze czasy…

Jedno jest jednak pewne – miałam swoje „dzisiaj” i nikt mi tego nie zabierze – tych pięknych wspomnień i doznań. To był czas dla mnie, a ja go wykorzystałam, żeby zadbać o siebie. Nie czekałam na okazję, sama ją sobie stworzyłam!

I tego samego życzę też Tobie. Nie czekaj na lepsze czasy – żyj!
Chcesz spełnić swoje marzenie, spełniaj! Chcesz wybudować dom, buduj! Chcesz zmienić pracę, zrób to! Nie czekaj na odpowiedni moment, to jest ten moment.

Życie nie będzie na Ciebie czekać, a czas wcale się nie spieszy.


24.04.2022by Agnes
Easy Yachting, Podróże

Powiem Ci jak wstanę

Kocham ten moment, kiedy oddaję cumy i odpływam. Zostawiam za sobą ląd i udaję się w rejs. A właściwie w podróż, którą odbywam z małą grupą ludzi na bardzo ograniczonej przestrzeni – na jachcie.
Z założenia organizowane przeze mnie rejsy mają być dla ich uczestników pełnym relaksem. Bez obowiązku obsługi jachtu czy warunku posiadania jakichkolwiek umiejętności żeglarskich. Czymś w rodzaju wakacji w agroturystyce, czy podróży kamperem. Z taką różnicą, że tym kamperem jest komfortowy katamaran pływający po morzu, a zamiast agroturystyki uprawiasz aqua-turystykę. Dlatego wybierając się z grupą na rejs nie nastawiam się na wypoczynek w klasycznym tego słowa znaczeniu. Organizuję rejs, by pokazać życie na jachcie – mój art of living, i żeby nim zarażać innych. Jadę z nastawieniem na ludzi i na uwolnienie w sobie i w innych wewnętrznego dziecka, które każdy z nas nosi w sobie. Ale o którym tak często zapomina żyjąc w klatce sztucznie wykreowanych norm i zasad dzisiejszego cywilizowanego świata. To właśnie to wewnętrzne dziecko pozwala nam na życie tu i teraz. Nie martwi się o to co było i co będzie.
Na jachcie liczą się pierwotne potrzeby – zdobycie jedzenia, picia i … warunki pogodowe. Porzucenie lądu sprawia, że umysł ponownie otwiera się na dostrzeganie piękna w prostocie i odkrywanie i zdefiniowanie szczęścia na nowo.
Bo przecież szczęście to nic innego jak kochanie życia – w każdej jego odsłonie. Każdy z dotychczas odbytych rejsów był niepowtarzalny. Wszystko za sprawą jego uczestników i oczywiście życia na jachcie, które płynie zupełnie inaczej, niż na lądzie. We wspólną podróż zabieram często zupełnie nowych, nieznanych mi ludzi. Towarzyszą mi też znajomi, przyjaciele czy rodzina. Ale i wtedy za każdym razem jest inaczej. Wpływa na to akwen, po którym pływamy oraz czas – bo zgodnie ze słowami piosenki, „każdy czas znaczy swój ślad”. Tak też było podczas tegorocznego rejsu w Chorwacji. To był rejs ośmiorga zupełnie różnych, bardzo silnych osobowości, ale też bardzo dojrzałych emocjonalnie ludzi. I wydawałoby się, że to ja mam potrzebę dania czegoś od siebie, pokazania czym jest prawdziwa wolność i radość z życia. A tu okazuje się, że dostaję dużo więcej w zamian.
Jedna z uczestniczek rejsu powiedział mi na koniec, że „nie wiedziała, że jest tylu pięknych ludzi na świecie”.
To zdanie jest dla mnie największa nagrodą i motywacją do organizowania kolejnych rejsów w stylu easy yachting.

Na rejsie również została zdefiniowana nowa pora dnia: „powiem Ci jak wstanę” Czasami odnoszę wrażenie, że rejsy jachtem są czymś więcej, niż czystą formą hedonizmu i lenistwa;-) Że przyjmują pewnego rodzaju formę warsztatów rozwojowych dla jego uczestników. Może nie wszystkim jest z tym po drodze, ale ta ograniczająca nas przestrzeń, bliskość i brak możliwości ucieczki powodują ,że w przyspieszonym tempie odbywamy szkolenie z rozwoju osobistego czy budowaniu relacji interpersonalnych. Jeśli teraz zadajesz sobie pytanie, czy taki rejs jest dla Ciebie? To powiem tak, nie dowiesz się, dopóki nie spróbujesz 😉
Nie nastawiaj się, nie miej żadnych oczekiwań. Po prostu rzuć się na głęboką wodę – w przenośnym, jak i prawdziwym tego słowa znaczeniu. I nie bój się. Nie utoniesz, w razie potrzeby przybędę na ratunek.
19.09.2021by Agnes
Easy Yachting, Historie osobiste

Krótka opowieść o nicnierobieniu

Od pewnego czasu pielęgnuję „nicnierobienie”. To czas, w którym nie wykonuję żadnej aktywności, a czerpię z niego radość. Czas, w którym to ja słucham tego, co mam sobie do powiedzenia, a nie tego co mają do powiedzenia inni – czas na ciszę, spokój i bezruch.

Czy mam z tego powodu wyrzuty sumienia! O nie! Liczy się efekt – utrzymanie zdrowia psychicznego, co w dzisiejszych czasach jest nie lada wyzwaniem.

Odcinam się od bodźców, które codziennie wysyła świat zewnętrzny – od rozmów i spotkań, reklam, ofert mających sprawić, że będę szczęśliwa (a w sumie, to dlaczego ktoś zakłada – wkłada mi do głowy, że nie jestem?), od niezliczonych propozycji samorozwoju, warsztatów, webinarów itd. A to wszystko po to, by nawiązać prawdziwy kontakt z sobą. Posłuchać własnych myśli, nie odrzucać ich i nie wypierać poprzez stawianie przed sobą nowych wyzwań.

I właśnie w celu nicnierobienia wyczarterowałam houseboat na Mazurach

 

Kraina Wielkich Jezior Mazurskich wzbudza piękne emocje. Jeziora różnej wielkości , połączone kanałami i przesmykami. Raj dla żeglarzy! Nie poczułam , żeby były „zapchane”. Pewnie dlatego, że przemierzałam je tylko od strony wody. Jeśli będziesz unikać miejsc typu „Wieża Eiffla” to zawsze znajdziesz miejsce, w którym będziesz tylko dla siebie. Byłam sama ze sobą z dala od lądu otoczona naturą i jej dźwiękami.

https://agaopowiada.pl/wp-content/uploads/2021/07/MOV_4499.mp4
https://agaopowiada.pl/wp-content/uploads/2021/07/signal-2021-07-03-221906.mp4

Osobiście jestem fanką jachtów żaglowych, ale świadomie wybrałam na tę wyprawę łódź motorową. Nudy na pudy, pójście na łatwiznę? Ani jedno ani drugie! Wszystko zależy od tego, czego potrzebujesz w danym momencie. Może samo pływanie houseboat’em nie daje tej przyjemności co jachtem żaglowym. Ale łódź motorowa bardziej sprzyjała realizacji mojego celu – „nicnierobienia”.

Jacht motorowy zapewnił mi odpowiedni komfort – znacznie więcej miejsca niż na jachcie żaglowym, brak konieczności stawiania żagli, czy też składania masztu przepływając pod mostami no i oczywiście możliwość przemieszczania się w wybranym kierunku bez zwracania uwagi na wiatr i czas.
Korzystałam z tarasu na dachu łodzi (sundeck), na której dodatkowo miałam sterówkę. Pełny relaks!

Karaibskim zwyczajem wyszukiwałam zatoczkę lub dogodne miejsce przy szuwarach i zostawałam tam na noc, a czasem nawet na dwa nawet trzy dni.
Stanie jachtem na kotwicy nie jest w zwyczaju wśród mazurskich żeglarzy. Większość z nich kryje się na noc w szuwarach przy brzegu lub szuka kei.

Lubię życie na jachcie. Potrafiłabym na nim zamieszkać:
Daje mi to poczucie wolności i uświadamia, co jest w życiu ważne.
Ograniczona przestrzeń nie pozwala na kolekcjonowanie rzeczy materialnych. Bo i tak nie zabiorę ich przecież w podróż. Coraz bardziej dostrzegam , że to nie rzeczy nas wiążą z lądem, ale nasze przywiązanie do nich.

Myślę, że udało mi się połączyć dwa pragnienia: „nicnierobienia” i spędzenia czasu na łodzi i wodzie.
Napisałam ten tekst, żeby Cię zainspirować i podzielić się moim szczęściem. A to dlatego, że nie wystarczy mi, bym tylko ja była szczęśliwa – trzeba jeszcze, by szczęśliwi byli inni, na przykład Ty! A może Ty masz inną metodę, inne miejsca, w których odnajdujesz ciszę, spokój i bezruch, by nawiązać ten prawdziwy kontakt sobą?
https://agaopowiada.pl/wp-content/uploads/2021/07/MOV_4425.mp4
28.07.2021by Agnes
Easy Yachting

Moje Karaiby

Podejrzewam, że każdy z nas ma takie miejsce na ziemi, które traktuje jak swój drugi dom. Takie miejsce, do którego chętnie się wraca, mimo, iż jest jeszcze tyle innych miejsc do poznania. Dla mnie takim miejscem są Karaiby.

Chciałabym Ci pokazać Karaiby po mojemu. Wyspy od strony wody i lądu. A zacznę od początku. Od opowiedzenia, co to są Karaiby, gdzie się znajdują i jaka jest ich historia. Nie będę wchodzić w szczegóły. Te znajdziesz w sieci, jeśli zechcesz.

 

Geografia


Karaiby to nie Kanary. I nie obrażaj się, jeśli dobrze o tym wiesz. Przyjęło się u nas nazywanie Wysp Kanaryjskich Kanarami, i to określenie potrafi zmylić nie jedną osobę.
Karaiby to kilkadziesiąt wysp i wysepek rozrzuconych po łuku łączącym obie Ameryki od ich wschodniej strony.
Wyspy oddzielają Atlantyk od stałego lądu tworząc oddzielny akwen – Morze Karaibskie. Karaiby to najczęściej stosowana nazwa, ale mogą Ci się jeszcze obić o uszy nazwy takie jak Indie Zachodnie czy Wielkie i Małe Antyle.

 

 

Historia


Czy Krzysztof Kolumb odkrył Amerykę? No nie do końca. Kolumb w swoich podróżach dotarł na Wyspy Karaibskie.
Był przekonany, że obierając kurs na zachód odkryje nową drogę do Indii – stąd właśnie historyczna nazwa Karaibów – Indie Zachodnie, która jest używana do dzisiaj np. przy podawaniu adresu do byłych kolonii brytyjskich . Kolumb podczas swoich 4 wypraw (1492 – 1504) odkrył większość wysp. Dotarł też do wybrzeży Hondurasu, ale utrata dwóch statków skłoniła go do powrotu na północne Karaiby.

 

Niewolnictwo


Karaiby zostały po ich odkryciu przez Kolumba dość szybko skolonizowane przez mocarstwa europejskie, a mieszkańcy wysp Indianie – Karibowie – (stąd nazwa Karaiby) – po niejednokrotnie krwawych walkach wybici i „zastąpieni” niewolnikami z Afryki. Nie wiem czy wiesz, że określenie Indianie też zawdzięczamy Kolumbowi. Myśląc na początku, że dotarł do Indii nazwał napotkanych na wyspach ludzi Indianami. Ta nazwa przyjęła się na całym świecie.

Ludność – język urzędowy – waluty


Dzisiejsi mieszkańcy Wysp Karaibskich to w większości potomkowie niewolników oraz nieliczni potomkowie rdzennych Indian – Karibów i Arawaków.
Walki na wyspach i wodach je otaczających odbywały się nie tylko między kolonizatorami, a rdzennymi mieszkańcami wysp, ale także pomiędzy ówczesnymi mocarstwami morskimi. Widać to na załączonej mapce. Poniższa mapka pokazuje panowanie na wyspach poszczególnych mocarstw europejskich na przestrzeni stuleci.


 

 

 


Dzisiaj na Karaibach prawie każda wyspa to inny kraj. Część z nich odzyskała niepodległość, część została zaanektowana przez Francję i stanowi jej zamorski departament, gdzie mieszkańcy np. Martyniki posługują się walutą Euro i są obywatelam UE. Kilka wysp ma swoją unię walutową i posługuje się wschodnio-karaibskim dolarem (EC$) ze stałym kursem do dolara amerykańskiego. Wyspy z reguły mają dwa języki urzędowe. Pierwszy to język byłego kolonizatora (w zależności od wyspy są to angielski, francuski,niderlandzki i hiszpański ), a drugi to Kreolski, czyli mieszanka języka kolonizatora i języków afrykańskich – plemion niewolników przywiezionych na wyspy.

 

 

Natura


Jeśli myślisz, że Karaiby to ten typowy obraz z katalogu biura turystycznego to muszę Cię rozczarować. Owszem, są i takie, ale nie dominują na Karaibach. Załączam mapkę, na której oznaczyłam miejsca z piaszczystymi plażami. Większość z nich jest górzysta i najczęściej z nadal aktywnym wulkanem, z czarnym piaskiem i przepięknym lasem deszczowym. Lasem, w którym w przeciwieństwie do Azji nic na Ciebie nie czyha, a klimat – padający krótki tropikalny ciepły deszcz na przemian ze świecącym słońcem – sprawia, że roślinność jest bardzo bujna i wszystko szybko i pięknie rośnie.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 


To były Karaiby w ekspresowym skrócie 🙂 Jeśli Cię coś zaskoczyło lub zaciekawiło w artykule i masz w związku z tym pytania to pisz, komentuj etc. Chętnie na nie odpowiem. A tymczasem …do napisania!

04.05.2021by Agnes
Easy Yachting

Odpłynęłam

We wrześniu 2012 wspólnie z mężem postanowiliśmy odciąć się od lądowego życia, przenieść na jacht i odpłynąć.

Skąd taka decyzja?

Jeśli czytasz mojego bloga to może pamiętasz wpis „Ja nie jestem mamą. A Ty?”. To artykuł o mnie, kobiecie, która nie została matką.

Wcale się nie poddałam. Po kilku latach walki o potomstwo świadomie zrezygnowałam. Moje ciało i dusza przemówiły – Ty też jesteś ważna! Wolno Ci uwolnić się od własnych oczekiwań i oczekiwań innych.
A odpuszczenie jest najlepszą rzeczą, jaką możesz dla siebie zrobić (w tym przypadku).

Lina asekuracyjna


Na początku myślałam, że sięgnę do apteczki po plaster i zakleję nim tę czarną dziurę, w której tkwiłam.
Raz, dwa i po sprawie. Ale to było naiwne myślenie.
To ode mnie zależało czy uda mi się wyjść na powierzchnię, tam, gdzie świeci słońce I …udało się!
Ktoś rzucił mi linę, po której mogłam po woli wspinać się do góry, jeszcze ktoś dopingował, kiedy w połowie spadałam w dół. Był ktoś, kto po prostu był i przytulał…
Kiedy stałam już jedną nogą na powierzchni otrzymałam nagrodę. Propozycję, która odmieniła moje i nasze życie.

Zza biurka za ster


Byliśmy z mężem pewni, że potrzebujemy radykalnej zmiany. Na horyzoncie pojawiła się okazja przejęcia długo nieużywanego i zarośniętego małżami jachtu.
Potrzeba porzucenia wszystkiego na pewien czas i spojrzenia na życie z zupełnie innej perspektywy była tak silna, że bez wahania zdecydowaliśmy się go uruchomić.
Rzuceni na głęboką wodę nie mieliśmy jeszcze pojęcia co nas czeka.

Reaktywacja jachtu


Jacht, a właściwie katamaran stał zacumowany w Hiszpanii – 2462 km. od Krakowa. Remont, a przede wszystkim czyszczenie w ogóle nas nie odstraszyło. Katamaran był po prostu piękny, ba, miłość od pierwszego wejrzenia.
A miłość dodaje odwagi.
Żeby go uruchomić potrzebne były dodatkowe ręce do pracy, części ….i determinacja. Pozytywne było to,
że jacht był zadbany w środku i mogliśmy na nim mieszkać. Nasz nowy dom stał długo w słonej morskiej wodzie. A jacht kiedy stoi zamiast pływać obrasta wszelkiego rodzaju glonami i skorupiakami. Żeby ocenić w jakim naprawdę jest stanie konieczne było wyciągnięcia go
z wody. Ten katamaran był szeroki i nie łatwo było znaleźć miejsce, w którym specjalnym dźwigiem wyciąga się tego rodzaju jednostki z wody i jednocześnie, żeby nie kosztowało to fortunę.
Determinacja przełożyła się na kreatywność mojego męża. Zaprojektował balon, który miał unieść katamaran tuż nad powierzchnię wody. Na tyle, by go wyczyścić, uruchomić płetwy sterowe i śruby. Znaleźliśmy w Polsce firmę, która podjęła się wyprodukować naszą „parówę” – bo tak nazwaliśmy nasz balon.

Nie jesteś sama


Po gruntownej analizie co tak naprawdę było do zrobienia wystosowaliśmy apel do rodziny i przyjaciół: Help!
Potrzebowaliśmy fachowców i rąk do pracy. Nie na wszystkim się znaliśmy, ale przede wszystkim wiedzieliśmy, że nie jesteśmy samowystarczalni.
I kolejny raz przekonałam się , że nie jestem sama. Zgłosili się ludzie z pozytywnym nastawieniem i wiarą w nas. Balon też się sprawdził! Nienapompowany zanurzaliśmy pod kadłuby jachtu i pompując w niego powietrze powoli unosiliśmy kadłub do góry. A jacht ważył ponad 20 ton!

Po kilku miesiącach intensywnych prac byliśmy gotowi do podróży. Czułam ogromną wdzięczność i zaczęłam prawdziwie czerpać przyjemność z życia i ludzi. Bo cytując za J. M. Lawrence, najważniejsze w życiu jest nie to, co posiadamy, lecz kogo spotykamy.

Dom jest tam gdzie zaczyna się twoja historia


Na początku października 2012 wyruszyliśmy w podróż z Morza Śródziemnego przez Atlantyk na Karaiby. Październik to dobry czas na rozpoczęcie żeglugi. Wieją wtedy bardzo przychylne wiatry – pasaty, które pchają nas wprost na Małe Antyle.
Cumy rzucone i odpływamy. Wszystkie smutki i rozterki zostawiam na lądzie. Przede mną pierwszy cel: Gibraltar. Potem na rozgrzewkę Madera, Wyspy Kanaryjskie i Wsypy Zielonego Przylądka (Cabo Verde).
A z Cabo już bezpośrednio na Karaiby.
Docierały do mnie różne oceny mojej decyzji. Większość cieszyła się i gratulowała mi odwagi. Byli jednak też tacy, którzy uważali decyzję „porzucenia domu” za niedojrzałą. Określając życie na jachcie jako „cygańskie” – odpowiednie dla studentów a nie dorosłych ludzi. Nie zamierzałam dyskutować. Moją jedyną reakcją były słowa T. Pratchetta: Wyjeżdżam, żebym mogła wrócić, żebym mogła zobaczyć to miejsce, z którego przybyłam, nowymi oczami i w nowych kolorach.


Ten wpis – a właściwie wstęp do cyklu opowieści o życiu na jachcie – dedykuję mężowi, rodzinie i przyjaciołom.

01.02.2021by Agnes
Easy Yachting

A miało być tak pięknie… Gibraltar – Madera

Przez Atlantyk na Karaiby: Rejs Gibraltar – Madera


Kiedy w 2006 roku pierwszy raz w życiu popłynęłam w rejs jachtem żaglowym nie przypuszczałam, że stanie się to moim art of living. Dokładnie pamiętam ten moment: leżałam na dziobie małego jachtu, patrzyłam w górę na żagle na tle niebieskiego chorwackiego nieba i wsłuchiwałam się w dźwięk szemrzącej o burty wody.
Ale luksus – powiedziałam na głos i tak zaczęła się moja przygoda z jachtami i morzem!

Przez kolejne lata każdą wolną chwilę spędzałam żeglując. Zaczęłam od razu od morza i tam mnie zawsze ciągnęło. Zbierałam doświadczenie załapując się do pomocy przy przeprowadzaniu jachtów czy organizując rejsy i pływając ze znajomymi.

Na początku października 2012 po kilku miesiącach przygotowań nadszedł czas na „rejs życia”. Celem wyprawy były Karaiby, a dokładnie Małe Antyle – łańcuch wysp łączący obie Ameryki – Północną i Południową. Wystartowaliśmy z Hiszpanii, niedaleko Walencji.

 

Pierwszy przystanek: Gibraltar

 

Cała podekscytowana wypatrywałam Skały Gibraltarskiej, jednego z tzw. Słupów Herkulesa (drugi Słup to góra znajdująca się po drugiej stronie Cieśniny Gibraltarskiej w Maroku). Gibraltar był ostatnim przystankiem na Morzu Śródziemnym.
Potem już tylko ocean.

 

Po zawinięciu do portu chciałam jak najszybciej wspiąć się na słynną Skałę i ujrzeć bezkres oceanu.

Pamiętam, że cieszyłam się jak dziecko kiedy już dotarłam na górę zobaczyłam jak mało miejsca zajmuję w świecie. W oddali widziałam jeszcze Afrykę a poza tym dookoła tylko wielka woda. Ten widok wywołał chwilowe ciarki na moim ciele. Ale im dłużej wpatrywałam się błękit oceanu, tym większy odczuwałam spokój i … respekt.

Mogłabym jeszcze długo stać na szczycie Skały i wpatrywać się w otaczający mnie krajobraz, gdyby nie małpy, które za wszelką cenę zabiegały o moją uwagę.
Magoty gibraltarskie – bo tak się nazywają – zamieszkują górne partie Skały i są jedną z głównych atrakcji Gibraltaru. Uprzedzam, że choć wyglądają pociesznie to są dzikimi zwierzętami i powinno się zachować przy nich szczególną ostrożność. Potrafią atakować, a nawet ugryźć.
Skaczą na plecy, wyrywają siatki z ręki czy rzeczy z plecaków. Czują się na Skale jak u siebie i nie można im tego wziąć za złe.

Gibraltar – ten mały skrawek lądu (jedyne 6,55 km2 powierzchni) jest zamorskim terytorium Wielkiej Brytanii i ma bardzo ciekawą historię.
Jeśli odwiedzisz kiedyś to miejsce to zachęcam do zwiedzenia podziemnych tuneli wydrążonych wewnątrz góry nazywanymi Tunelami Wielkiego Oblężenia (Great Siege Tunnels) oraz Tuneli z okresu II Wojny Światowej (World War II Tunnels). Jestem pewna, że przybliżą Ci historię tego strategicznie ważnego dla Wielkiej Brytanii miejsca.

Kończąc opowieść muszę jeszcze chociaż krótko nawiązać do lotniska na Gibraltarze. Brytyjska armia zbudowała je w momencie zbliżającej się wojny w 1939 r. I to właśnie na tym lotnisku doszło do katastrofy samolotu, na pokładzie którego znajdował się Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych, generał Władysław Sikorski w 1943r.

Nie obyło się też w kolejnych latach bez kwestii spornych między Wielką Brytanią a Hiszpanią. Pas startowy przecina jedyną drogę łącząca Gibraltar ze stałym lądem, – Hiszpanią i jest jednocześnie granicą państwa. Za każdym razem, kiedy ląduje samolot zamykany jest szlaban – podobnie jak na przejściu kolejowym – i samochody oraz piesi muszą cierpliwie czekać na jego otwarcie.

 

Kurs na Maderę

 

Pożegnaliśmy Gibraltar klasycznym brytyjskim lunchem – fish & chips i późnym popołudniem ruszyliśmy na podbój Madery. Manewrowanie między statkami stojącymi na redzie czy też wpływającymi czy wypływającymi z Cieśniny Gibraltarskiej było ciekawą atrakcją.
W końcu znalazłam się na ocenie. Stały ląd i wszystko, co z nim związane zostawiłam za sobą. Z każdą chwilą ląd oddalał się , aż w końcu zniknął. Nadszedł czas na nową podróż dosłownie i w przenośni – nową podróż życia.

 


Zostawiamy Giblarat za sobą i obieramy kurs na Maderę! Pogoda pogarszała się z godziny na godzinę. Silny wiatr i przechodzące ulewne deszcze nie dawały nam odpocząć.
Podczas rejsu na Maderę musieliśmy kilka razy refować żagle (zmniejszać ich powierzchnię) i niestety nie obyło się bez uszkodzeń żagli i lin.

Madera

 

Madera również przywitała nas deszczem i nic nie zapowiadało przejaśnień. Stanęliśmy na kotwicy przed mariną, w której nie było wolnych miejsc w największym mieście i zarazem stolicy Madery – Funchal.
Byłam przygotowana na to, że pogoda może być różna, ale nie byłam przygotowana na to, co wydarzyło się w kolejnych dniach.

 

Mimo złej pogody ruszyliśmy na podbój tej górzystej wulkanicznej wyspy. Wynajętym samochodem krętymi serpentynami pięliśmy się w górę zwiedzając małe wioski i miasteczka. Im wyżej tym gęstsza mgła i wilgoć. Drogami przelewała się woda, a przylepione do gór domy wyglądały, jakby miały zaraz zsunąć się ze zboczy.

Madera, nazywana wyspą kwiatów i wiecznej wiosny zamieniła się w jedno wielkie błotne gruzowisko. Spływające z gór lawiny błota i śmieci lądowały w oceanie.
Nam udało się chociaż trochę poczuć klimat wyspy, dzięki wizycie w ogrodzie botanicznym
(Jardim Botânico da Madeira). 

[tg_small_content]Znaleźliśmy też chwilkę na zwiedzanie. Najstarsza uliczka stolicy Madery Rua de Santa Maria wytyczona została w 1430 roku.
Spacerując czułam się jakbym zwiedzała wystawę poświęconą sztuce malowania obrazów na drzwiach. To dzięki projektowi „Arte de Portas Abertas” (Sztuka Otwartych Drzwi), którego założeniem było właśnie pomalowanie przez lokalnych artystów ok. 200 drzwi – wejść do domów, restauracji, magazynów itd. Dzięki współpracy lokalnych artystów i władz miasta ulica będąca jeszcze nie tak dawno jedną z najbardziej niebezpiecznych w mieście, stała się centrum kulturalnym stolicy.
To był idealny pomysł na rewitalizację tego miejsca.[/tg_small_content]

 

[tg_small_content]Nie obyło się oczywiście bez skosztowania tradycyjnych potraw z Madery. Maderyjska kuchnia zaspokoi zarówno wielbicieli ryb i owoców morza jak i mięsożerców. Nie przepadam za owocami morza, ale uwielbiam ryby morskie. Na Maderze spróbowałam dania o nazwie Espada, będącego specjalnością tutejszej kuchni. Espada nazywana też „atlantyckim potworem” to ryba drapieżnik zamieszkujący wody wokół Madery, Azorów a także Japonii.
Podawana jest najczęściej z grilla lub smażona z pieczonymi bananami (espada con banana) polanymi sosem z z marakui oraz z dodatkiem sałatki, surówki, soczewicy lub smażonymi kostkami polenty (milhofrito). Na samo wspomnienie ślinka mi leci.[/tg_small_content]

 

Dinghy przepadło


Po powrocie na katamaran jeszcze na schodkach usłyszałam, że kuchenka na jachcie nie działa. Pogoda była sztormowa, a fale mimo iż staliśmy na kotwicy w zatoce dość mocne. Powinnam sprawdzić sama okienka przed wyjściem na ląd. Bo to właśnie niezamknięte okienko w kuchni było powodem zalania kuchenki. Nie wspominałam wcześniej o tym, ale na jachcie mieliśmy kuchenkę elektryczną zasilaną z generatora. To rzadkość, zwykle kuchenki są gazowe.
Najpierw żagle i liny teraz kuchenka … Zaczęłam zastanawiać, się gdzie po drodze – na której wyspie będę mogła wymienić kuchenkę, kupić linii i naprawić żagle. A miało być tak pięknie 🙂

Do listy dołączył jeszcze ponton zwany po angielsku dinghy.
Ponton na jachcie to jak samochód w garażu – zapewnia komunikację pomiędzy domem – jachtem, a miastem – lądem.
W ostatni wieczór Staszek został na lądzie. Rozłożył się roboczo w kawiarni w marinie wykorzystując dobre łącze internetowe. Reszta załogi przygotowywała posiłek na jachcie. Kiedy nadszedł czas, by popłynąć po kapitana i resztę załogi nie wierzyłam własnym oczom. Dinghy zniknęło! Staszek wkurzony wskoczył do błotnistego oceanu i dopłynął do nas wpław. Zapadła noc. Księżyc skrył się za czarnymi chmurami, a fale w zatoce po kilkudniowym silnym wietrze były coraz większe. Czując wspólną odpowiedzialność za stratę pontonu wypłynęliśmy w morze próbując odnaleźć ponton. W sztormowej pogodzie szukaliśmy dinghy całą noc. Nadaremnie.

Cóż, nie da się przewidzieć i uniknąć wszystkich możliwych 'zrządzeń losu’ rozmyślając o nich wcześniej długimi godzinami. A po każdej burzy w końcu wychodzi słońce, prawda?

C.d. nastąpi:
Przez Atlantyk na Karaiby – Etap 2: Madera – Wyspy Kanaryjskie (Lanzarote, Teneryfa, Gomera)

13.12.2020by Agnes
Page 1 of 212»

Kategorie

  • Autorka
  • Easy Yachting
  • Historie osobiste
  • Opowiadania
  • Podróże
Ludzie

OPOWIADANIA

To teksty o bardziej literackim charakterze, w których fikcja splata się z osobistymi doświadczeniami oraz zasłyszanymi historiami. Różnorodne opowiadania – kto wie, być może są to pierwsze rozdziały przyszłej książki.

Miejsca

HISTORIE OSOBISTE

Piszę, bo chcę mówić o emocjach — nie tylko je czuć. Moje historie nie mają nikogo ranić ani niczego narzucać. Wierzę, że inni mogą się w nich odnaleźć, a mój sposób patrzenia na świat może pomóc spojrzeć na życie z innej perspektywy.

Chwile ulotne

PODRÓŻE

W czasie podróży spotykam ludzi i doświadczam odmiennych kultur oraz religii, które pokazują mi, że świat może wyglądać zupełnie inaczej, i że ten inny świat ma do tego pełne prawo. Uczę się szacunku, otwartości i pokory. Z każdej podróży wracam z nową lekcją, czasem to myśl, czasem emocja, a czasem zupełnie nowe spojrzenie. Tymi właśnie doświadczeniami, refleksjami i opisami miejsc chcę się tutaj z Tobą dzielić.

Ludzie

Jestem zwykłą, prostą kobietą. Moja głowa jest za to pełna historii. Nazbierało się ich tyle, że w końcu musiały wybrzmieć. Dlatego piszę – o tym co jest moją siłą i o doświadczeniach, które pomogły mi na nowo poukładać wartości. Jestem Aga. Opowiadam historie. Dla siebie. I dla Ciebie.

Cabo Verde dziecko Dzień Matki dzień ojca easy yachting Karaiby katamaran matka morze karaibskie ocean podróż podróże wyspy karaibskie yachting życie

“I started with Brixton to provide you with daily fresh new ideas about trends. It is a very clean and elegant Wordpress Theme suitable for every blogger. Perfect for sharing your lifestyle.”

Przyglądam się wszystkim ludziom,

sobie zaś najuważniej.

© 2025 Aga opowiada