• HOME
  • OPOWIADANIA
  • HISTORIE OSOBISTE
  • PODRÓŻE
  • AUTORKA
Aga Opowiada – Krótkie historie - The value of emotions come from sharing them, not from having them
  • Opowiadania
  • Historie osobiste
  • Podróże
  • Autorka
Aga Opowiada – Krótkie historie - The value of emotions come from sharing them, not from having them
  • Opowiadania
  • Historie osobiste
  • Podróże
  • Autorka
Aga Opowiada – Krótkie historie - The value of emotions come from sharing them, not from having them

Kategorie

  • Autorka (3)
  • Easy Yachting (8)
  • Historie osobiste (10)
  • Opowiadania (5)
  • Podróże (10)

Aga opowiada - Historie osobiste

Pisanie stało się dla mnie formą autoterapii.
Metodą szczerego stwierdzenia, co naprawdę czuję.
Muszę zacząć pisać, żeby wyraźnie zobaczyć swoje emocje – i je zrozumieć.

Piszę szczerze, bo wierzę, że ktoś może się w tych historiach odnaleźć.
To opowieści o emocjach i doświadczeniach, które pomogły mnie –
może pomogą też Tobie. Dlatego postanowiłam dzielić się swoimi historiami – szczerze i bez filtra.

Nie przeszłam przez życie bez ran. Blizny przypominają mi, że cierpiałam – ale wyzdrowiałam.

Easy Yachting

A miało być tak pięknie… Gibraltar – Madera

Przez Atlantyk na Karaiby: Rejs Gibraltar – Madera


Kiedy w 2006 roku pierwszy raz w życiu popłynęłam w rejs jachtem żaglowym nie przypuszczałam, że stanie się to moim art of living. Dokładnie pamiętam ten moment: leżałam na dziobie małego jachtu, patrzyłam w górę na żagle na tle niebieskiego chorwackiego nieba i wsłuchiwałam się w dźwięk szemrzącej o burty wody.
Ale luksus – powiedziałam na głos i tak zaczęła się moja przygoda z jachtami i morzem!

Przez kolejne lata każdą wolną chwilę spędzałam żeglując. Zaczęłam od razu od morza i tam mnie zawsze ciągnęło. Zbierałam doświadczenie załapując się do pomocy przy przeprowadzaniu jachtów czy organizując rejsy i pływając ze znajomymi.

Na początku października 2012 po kilku miesiącach przygotowań nadszedł czas na „rejs życia”. Celem wyprawy były Karaiby, a dokładnie Małe Antyle – łańcuch wysp łączący obie Ameryki – Północną i Południową. Wystartowaliśmy z Hiszpanii, niedaleko Walencji.

 

Pierwszy przystanek: Gibraltar

 

Cała podekscytowana wypatrywałam Skały Gibraltarskiej, jednego z tzw. Słupów Herkulesa (drugi Słup to góra znajdująca się po drugiej stronie Cieśniny Gibraltarskiej w Maroku). Gibraltar był ostatnim przystankiem na Morzu Śródziemnym.
Potem już tylko ocean.

 

Po zawinięciu do portu chciałam jak najszybciej wspiąć się na słynną Skałę i ujrzeć bezkres oceanu.

Pamiętam, że cieszyłam się jak dziecko kiedy już dotarłam na górę zobaczyłam jak mało miejsca zajmuję w świecie. W oddali widziałam jeszcze Afrykę a poza tym dookoła tylko wielka woda. Ten widok wywołał chwilowe ciarki na moim ciele. Ale im dłużej wpatrywałam się błękit oceanu, tym większy odczuwałam spokój i … respekt.

Mogłabym jeszcze długo stać na szczycie Skały i wpatrywać się w otaczający mnie krajobraz, gdyby nie małpy, które za wszelką cenę zabiegały o moją uwagę.
Magoty gibraltarskie – bo tak się nazywają – zamieszkują górne partie Skały i są jedną z głównych atrakcji Gibraltaru. Uprzedzam, że choć wyglądają pociesznie to są dzikimi zwierzętami i powinno się zachować przy nich szczególną ostrożność. Potrafią atakować, a nawet ugryźć.
Skaczą na plecy, wyrywają siatki z ręki czy rzeczy z plecaków. Czują się na Skale jak u siebie i nie można im tego wziąć za złe.

Gibraltar – ten mały skrawek lądu (jedyne 6,55 km2 powierzchni) jest zamorskim terytorium Wielkiej Brytanii i ma bardzo ciekawą historię.
Jeśli odwiedzisz kiedyś to miejsce to zachęcam do zwiedzenia podziemnych tuneli wydrążonych wewnątrz góry nazywanymi Tunelami Wielkiego Oblężenia (Great Siege Tunnels) oraz Tuneli z okresu II Wojny Światowej (World War II Tunnels). Jestem pewna, że przybliżą Ci historię tego strategicznie ważnego dla Wielkiej Brytanii miejsca.

Kończąc opowieść muszę jeszcze chociaż krótko nawiązać do lotniska na Gibraltarze. Brytyjska armia zbudowała je w momencie zbliżającej się wojny w 1939 r. I to właśnie na tym lotnisku doszło do katastrofy samolotu, na pokładzie którego znajdował się Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych, generał Władysław Sikorski w 1943r.

Nie obyło się też w kolejnych latach bez kwestii spornych między Wielką Brytanią a Hiszpanią. Pas startowy przecina jedyną drogę łącząca Gibraltar ze stałym lądem, – Hiszpanią i jest jednocześnie granicą państwa. Za każdym razem, kiedy ląduje samolot zamykany jest szlaban – podobnie jak na przejściu kolejowym – i samochody oraz piesi muszą cierpliwie czekać na jego otwarcie.

 

Kurs na Maderę

 

Pożegnaliśmy Gibraltar klasycznym brytyjskim lunchem – fish & chips i późnym popołudniem ruszyliśmy na podbój Madery. Manewrowanie między statkami stojącymi na redzie czy też wpływającymi czy wypływającymi z Cieśniny Gibraltarskiej było ciekawą atrakcją.
W końcu znalazłam się na ocenie. Stały ląd i wszystko, co z nim związane zostawiłam za sobą. Z każdą chwilą ląd oddalał się , aż w końcu zniknął. Nadszedł czas na nową podróż dosłownie i w przenośni – nową podróż życia.

 


Zostawiamy Giblarat za sobą i obieramy kurs na Maderę! Pogoda pogarszała się z godziny na godzinę. Silny wiatr i przechodzące ulewne deszcze nie dawały nam odpocząć.
Podczas rejsu na Maderę musieliśmy kilka razy refować żagle (zmniejszać ich powierzchnię) i niestety nie obyło się bez uszkodzeń żagli i lin.

Madera

 

Madera również przywitała nas deszczem i nic nie zapowiadało przejaśnień. Stanęliśmy na kotwicy przed mariną, w której nie było wolnych miejsc w największym mieście i zarazem stolicy Madery – Funchal.
Byłam przygotowana na to, że pogoda może być różna, ale nie byłam przygotowana na to, co wydarzyło się w kolejnych dniach.

 

Mimo złej pogody ruszyliśmy na podbój tej górzystej wulkanicznej wyspy. Wynajętym samochodem krętymi serpentynami pięliśmy się w górę zwiedzając małe wioski i miasteczka. Im wyżej tym gęstsza mgła i wilgoć. Drogami przelewała się woda, a przylepione do gór domy wyglądały, jakby miały zaraz zsunąć się ze zboczy.

Madera, nazywana wyspą kwiatów i wiecznej wiosny zamieniła się w jedno wielkie błotne gruzowisko. Spływające z gór lawiny błota i śmieci lądowały w oceanie.
Nam udało się chociaż trochę poczuć klimat wyspy, dzięki wizycie w ogrodzie botanicznym
(Jardim Botânico da Madeira). 

[tg_small_content]Znaleźliśmy też chwilkę na zwiedzanie. Najstarsza uliczka stolicy Madery Rua de Santa Maria wytyczona została w 1430 roku.
Spacerując czułam się jakbym zwiedzała wystawę poświęconą sztuce malowania obrazów na drzwiach. To dzięki projektowi „Arte de Portas Abertas” (Sztuka Otwartych Drzwi), którego założeniem było właśnie pomalowanie przez lokalnych artystów ok. 200 drzwi – wejść do domów, restauracji, magazynów itd. Dzięki współpracy lokalnych artystów i władz miasta ulica będąca jeszcze nie tak dawno jedną z najbardziej niebezpiecznych w mieście, stała się centrum kulturalnym stolicy.
To był idealny pomysł na rewitalizację tego miejsca.[/tg_small_content]

 

[tg_small_content]Nie obyło się oczywiście bez skosztowania tradycyjnych potraw z Madery. Maderyjska kuchnia zaspokoi zarówno wielbicieli ryb i owoców morza jak i mięsożerców. Nie przepadam za owocami morza, ale uwielbiam ryby morskie. Na Maderze spróbowałam dania o nazwie Espada, będącego specjalnością tutejszej kuchni. Espada nazywana też „atlantyckim potworem” to ryba drapieżnik zamieszkujący wody wokół Madery, Azorów a także Japonii.
Podawana jest najczęściej z grilla lub smażona z pieczonymi bananami (espada con banana) polanymi sosem z z marakui oraz z dodatkiem sałatki, surówki, soczewicy lub smażonymi kostkami polenty (milhofrito). Na samo wspomnienie ślinka mi leci.[/tg_small_content]

 

Dinghy przepadło


Po powrocie na katamaran jeszcze na schodkach usłyszałam, że kuchenka na jachcie nie działa. Pogoda była sztormowa, a fale mimo iż staliśmy na kotwicy w zatoce dość mocne. Powinnam sprawdzić sama okienka przed wyjściem na ląd. Bo to właśnie niezamknięte okienko w kuchni było powodem zalania kuchenki. Nie wspominałam wcześniej o tym, ale na jachcie mieliśmy kuchenkę elektryczną zasilaną z generatora. To rzadkość, zwykle kuchenki są gazowe.
Najpierw żagle i liny teraz kuchenka … Zaczęłam zastanawiać, się gdzie po drodze – na której wyspie będę mogła wymienić kuchenkę, kupić linii i naprawić żagle. A miało być tak pięknie 🙂

Do listy dołączył jeszcze ponton zwany po angielsku dinghy.
Ponton na jachcie to jak samochód w garażu – zapewnia komunikację pomiędzy domem – jachtem, a miastem – lądem.
W ostatni wieczór Staszek został na lądzie. Rozłożył się roboczo w kawiarni w marinie wykorzystując dobre łącze internetowe. Reszta załogi przygotowywała posiłek na jachcie. Kiedy nadszedł czas, by popłynąć po kapitana i resztę załogi nie wierzyłam własnym oczom. Dinghy zniknęło! Staszek wkurzony wskoczył do błotnistego oceanu i dopłynął do nas wpław. Zapadła noc. Księżyc skrył się za czarnymi chmurami, a fale w zatoce po kilkudniowym silnym wietrze były coraz większe. Czując wspólną odpowiedzialność za stratę pontonu wypłynęliśmy w morze próbując odnaleźć ponton. W sztormowej pogodzie szukaliśmy dinghy całą noc. Nadaremnie.

Cóż, nie da się przewidzieć i uniknąć wszystkich możliwych 'zrządzeń losu’ rozmyślając o nich wcześniej długimi godzinami. A po każdej burzy w końcu wychodzi słońce, prawda?

C.d. nastąpi:
Przez Atlantyk na Karaiby – Etap 2: Madera – Wyspy Kanaryjskie (Lanzarote, Teneryfa, Gomera)

13.12.2020by Agnes
Autorka, Easy Yachting, Historie osobiste

A miało być tak pięknie – Na Kanary

Rejs przez Atlantyk na Karaiby
Madera – Wyspy Kanaryjskie: Lanzarote – Teneryfa – Gomera


Na Maderze straciliśmy dinghy – małą motorówkę z silnikiem, którą wozi się ze sobą na jachcie, by móc się na niej dostać na ląd np.: stojąc jachtem na kotwicy w zatoce, a nie w marinie. Mimo natychmiastowej reakcji próba odnalezienia dinghy w nocy na sztormowym morzu się nie powiodła.

Na Kanary!

Przed wypłynięciem z Madery zgłosiliśmy Straży Przybrzeżnej utratę dinghy. Zrobiliśmy to z nadzieją, że może jednak ktoś je znajdzie i przede wszystkim dlatego, że była to dość spora motoróweczka i nieoświetlona dryfująca po morzu mogła stanowić zagrożenie dla innych jachtów.

Rejs na Wyspy Kanaryjskie był już spokojniejszy. Delfiny bawiły się przed dziobem jachtu a zachód słońca wyglądał wręcz nienaturalnie.

Lanzarote – Wyspa ognia, Cesara Manrique i wina

 

Na Lanzarote stanęliśmy na południu wyspy w marinie Rubicón w pobliżu Castillo del Aguila. I to był pierwsza wyspa, na której po prostu odetchnęłam i zaczęłam ponownie cieszyć się podróżą.

  •  
  • Gdyby ktoś zapytał, jak wyobrażam sobie krajobraz na Księżycu czy Marsie, odpowiedziałabym, że dokładnie tak jak na Lanzarote. Wyspa oferuje idealną scenerię do kręcenia filmów science fiction. Żadna inna wyspa kanaryjska nie ma zachowanego takiego naturalnego i dziewiczego krajobrazu jak Lanzarote. To za sprawą nieżyjącego już artysty Cesara Manrique, który większość życia spędził na Lanzarote i był z nią bardzo związany. Fernando Gómez Aguilera, dyrektor Fundacji Cesar Manrique powiedział, że “Cesara Manrique nie da się zrozumieć bez Lanzarote, a Lanzarote nie da się pojąć bez Cesara Manrique “. Skoro tak, to najprościej było odkryć wyspę podążając śladami artysty.
    Nie piszę przewodnika, dlatego wspomnę tylko o miejscach, które pozytywnie wpłynęły na moje nastawienie do wyspy.

Parque Nacional de Timanfaya, którego symbolem jest zaprojektowany przez artystę diabełek. Pośrodku Parku na Islote de Hilario znajduje się restauracja El Diablo, którą zaprojektował Manrique. Podawane w niej specjały pieczone są „na wulkanie” – na grillu, który żar bierze z wnętrza ziemi – z wulkanu.

Może zabrzmi to, co teraz napiszę paradoksalnie, ale wulkany na tej wyspie podziałały na mnie wyciszająco. Może dlatego, że i one są wyciszone – wygasłe. Po erupcjach pozostała najlepsza, żyzna ziemia i tą darowaną nam moc trzeba odbierać pozytywnie.

Wino wulkaniczne

Na Lanzarote pierwszy raz doświadczyłam smaku „wina z lawy” – wina z winorośli rosnącej na czarnej, wyglądającej jak żużel ziemi. Gleby wulkaniczne to świetna mieszanka pełna minerałów, a wina pochodzące z terenów wulkanicznych cechuje niesamowicie wyrazisty smak. Ciekawa jest też uprawa winorośli na zboczach wulkanu. Ze względu na brak opadów i ogólnie brak wody winorośl sadzi się w specjalnie wykopanych dołkach otaczając je od strony nawietrznej kamieniami. Nagrzane przez dzień powietrze schładzając się w nocy skrapla się w formie rosy i tą wilgocią żywią się winorośle, a bariera z kamieni służy za parawan – osłonę przed wiatrem.

Cesar Manrique – artysta na straży wyspy


Następnymi miejscami, które pozostaną w mojej pamięci są Mirador del Rio – ponad 20 kilometrowy klif Risco de Famara. W jego ścianę wkomponowany jest punkt widokowy Mirador del Rio. Cesar Manrique stworzył w tym miejscu na wysokości 475 m n.p.m. restaurację z ogromnymi przeszklonymi oknami, przez które można podziwiać pobliską wyspę La Graciosę.

Drugie miejsce to dom artysty – Casa del Volcano w Tahiche, gdzie Manrique wykorzystał w projekcie domu naturalne tunele lawowe i bąble powietrzne. W ten sposób budynek wtopił się w otoczenie krajobrazu. Poruszając się po wyspie z pewnością zwrócisz też uwagę na niską białą zabudowę i na okiennice, które wewnątrz wyspy mają kolor zielony, a te nad oceanem kolor niebieski. Taką architekturę zawdzięcza Lanzarote również temu artyście.
Manrique znał się też z moim ulubionym hiszpański artystą Miro, stąd jeszcze bardziej stał się bliższy mojemu sercu.

Czas płynąć dalej – Teneryfa


Czas spędzony na Lanzarote pozwolił mi na pogodzić się z faktem, że straciliśmy dinghy. A tu nagle, tuż przed wypłynięciem na Teneryfę, otrzymaliśmy wiadomość od Straży Przybrzeżnej z Madery, że jeden z rybaków odnalazł naszą motorówkę. Pytając o uszkodzenia usłyszeliśmy: „Little damage only”. Zrobiliśmy burzę mózgów i wszyscy jednogłośnie stwierdziliśmy, że trzeba wrócić na Maderę Ale, ale… przecież załoga chciała zwiedzić Teneryfę, a ja naprawić zniszczone przez silne wiatry żagle.

Dopłynęliśmy na Teneryfę i podzieliliśmy się na dwie grupy. Staszek popłynął z 2-ma załogantami na Maderę z myślą odzyskania cennej motorówki. Ja i część załogi, która kończyła rejs zostaliśmy na Teneryfie.
Pamiętam dobrze ten dzień. To były akurat moje urodziny. Dostałam 39 stopni gorączki i jedyne co mi pozostało to zorganizować sobie nocleg, nafaszerować lekami i iść spać.
O zwiedzaniu Teneryfy czy świętowaniu urodzin nawet nie marzyłam. Były inne priorytety: wyzdrowieć i naprawić żagle i kuchenkę przed powrotem jachtu z Madery.
Rano poczułam się lepiej, a żaglownie znalazłam już po dwugodzinnym researcher’u Tak samo szybko załatwiłam elektryka do kuchenki. Potraktowałam to jak zaległy prezent urodzinowy i postanowiłam wykorzystać ten jeden dzień i wybrać się na słynny wulkan zabierając ze sobą koleżankę z załogi, która w ostatniej chwili zdecydowała się popłynąć z nami w kolejny etap rejsu – na Cabo Verde. Wyruszyliśmy, przyznaję, zupełnie nieprzygotowywane do tej „przejażdżki”, ale to nie miało żadnego znaczenia. To było piękne doświadczenie. Wszystkie przykre zdarzenia zniknęły, a radość przejęła dowodzenie. Dzień zakończyłyśmy – jakby inaczej – fantastycznym lokalnym posiłkiem.

„Totalschaden”


Po czterech dniach trudnej żeglugi, gdzie przy wejściu na Maderę była taka pogoda (wielkie fale, silny prawie sztormowy wiatr), że duży wycieczkowiec zrezygnował z wejścia do portu, druga część załogi wróciła z Madery. Cała akcja okazała się być kompletną porażką. Nie wiem na jakiej podstawie udzielono nam wtedy informacji, że dinghy odniosło tylko małe uszkodzenia. Po dopłynięciu okazało się bowiem, że to nie było „little damage” tylko „Totalschaden!”

[tg_small_content]Cóż, trzeba zostać jeden dzień dłużej na Teneryfie i postarać się o jakieś małe i tańsze dinghy.
Teneryfa to ostatnie miejsce, w którym mogliśmy jeszcze zakupić jakieś sensowne dinghy, dalej już tylko trzeci świat …
Żagle naprawione, kuchenka działa, dinghy kupione, czas więc płynąć na Gomerę.
Ale wybacz mi czytelniku, że nie opowiem Ci nic o samej wyspie. To był ostatni przystanek przed kolejnym dłuższym rejsem i ostatnia szansa, żeby sprawdzić jacht i przygotować się do dalszego rejsu – na Wyspy Zielonego Przylądka – Cabo Verde.

Z perspektywy czasu cieszę się, że moje nastawienie do podróży było dużo bardziej pozytywne, wręcz ekscytujące. W ten sposób miałam dużo więcej rezerw, z których mogłam korzystać, kiedy nie szło tak jak myślałam. No bo miało być tak pięknie. I było, tak naprawdę było. Nie doświadczyłabym siebie i ludzi, gdyby nie te wydarzenia. Czy mogłam się na nie lepiej przygotować? Przewidzieć pewne sytuacje? Pewnie mogłam, ale później doszłam do wniosku, że nie da się do końca przygotować na wszystko nawet planując godzinami, dniami czy miesiącami. [/tg_small_content]

The End

01.12.2020by Agnes
Easy Yachting, Historie osobiste

Dominica – Welcome to Paradise!

Spójrz na mapę poniżej. Widzisz na niej wyspę o nazwie Dominika?

 

 

Wyspa została odkryta przez Krzysztofa Kolumba podczas jego drugiej wyprawy w 1493r., a że pierwszy raz zobaczył ją w niedzielę (z hiszp. domingo – łac. Dominica), nazwał ją Dominika.
Nie potrafię opowiedzieć o Dominice w jednym kawałku. Jest zbyt piękna, zbyt dziewicza i różnorodna. W dzisiejszej opowieści zatrzymam się na chwilę na północnym cyplu wyspy. To ma dać Ci przedsmak tego, co nadejdzie w kolejnych wpisach o tej górzystej i nadal bardzo dziewiczej wyspie.

 

 

Na Dominikę przypływam wraz z grupą przyjaciół jachtem. Nie zdążyliśmy jeszcze zakotwiczyć w naszej ulubionej zatoce Prince Rupert Bay w pobliżu miasteczka Portsmouth, a już wita nas lokalny przewodnik i przyjaciel okrzykiem: Welcome to Paradise!
Martin, bo tak ma na imię, jest przewodnikiem z powołania i naszym lokalnym przyjacielem. Za każdym razem wypływa nam naprzeciw witając pięknym bukietem karaibskich kwiatów.

 

Indian River

 

Na drugi dzień rano Martin zabiera nas swoją łodzią w głąb rzeki Indian River.
Ujście rzeki znajduje nieopodal miejsca, w który kotwiczymy i można do niej wpłynąć tylko na wiosłach.

 

Wyprawa w głąb rzeki Indian River

 

Rzeka przedziera się przez las tropikalny a sceneria przypomina klimaty z Władcy Pierścieni – nienaruszona, dziewicza natura. Przyjmuję ją z wdzięcznością i pokorą. Jestem żeglarzem i rozumiem, że przed naturą trzeba czuć respekt. Martin, zresztą jak każdy na wyspie, jest dumny ze swojego kraju. Opowiada o nim w taki sposób, że chce się słuchać i słuchać. Na swojej drewnianej łodzi ma namalowaną flagę Dominiki i chętnie wyjaśnia co oznaczają jej poszczególne elementy: papuga jest symbolem wyspy, zielone gwiazdki dookoła to symbol nadziei oraz gmin, na które podzielona jest wyspa. Żółty pasek oznacza światło oraz najważniejsze owoce na wyspie (banany i cytrusy), biały pas natomiast przejrzystość rzek i wodospadów oraz czystość ludzkich intencji. Czarny to kolor żyznej ziemi. Zielone tło symbolizuje bujność przyrody na wyspie a krzyż z pasków wiarę w Boga.
Wiosłując dalej Martin odśpiewuje nam przepięknym głosem hymn Dominiki.

 

  •  

Indian River (Indiańska Rzeka) to wyjątkowa rzeka. Jest nie tylko najgłębsza na Dominice, ale też najciekawsza pod względem przyrodniczym. Rzeka otoczona jest bardzo rzadko występującymi lasami bagiennymi z charakterystycznymi drzewami nazywanymi potocznie „dragon blood tree”. Swoją nazwę zawdzięczają oneczerwonej żywicy, ktora dawniej stosowana była jako środek leczniczy oraz przez poszukiwaczy złota używana do oddzielania cennego kruszcu od wody przez .

Nietrudno się domyślić, że nazwa rzeki pochodzi od rodzimych Indian, żyjących na wyspie. Dominika należy do nielicznych wysp karaibskich, na której spoktasz jeszcze potomków karaibskich Indian. Obecnie zamieszkują oni już tylko niewielki wydzielony rezerwat we wschodniej części wyspy.

Dolina Indian River zachowała swój naturalny charakter i wcale nie mnie nie zdziwiła informacja, że to właśnie ta sceneria posłużyła do nakręcenia drugiej części „Piraci z Karaibów”.
Pamiętasz motyw czarownicy zamieszkującej chatkę na brzegu rzeki? Tak, to brzeg tej rzeki. Po zakończeniu realizacji filmu domek nie został rozebrany i stał się jedną z atrakcji podczas wyprawy w głąb rzeki.

 

Fuzja smaków i zapachów

Często słyszę, że Karaiby to kraje trzeciego świata. Nie jest mi po drodze z tą opinią. Wszystko bowiem zależy od tego, co dla Ciebie jest najważniejsze w życiu. Z pewnością nie umrze się tu z głodu czy z przemarznięcia. Klimat jest ciepły przez cały rok a ziemia dostarcza tyle świeżych owoców, warzyw i przypraw, że starczy dla każdego. Przekonaliśmy się o tym podczas wielu wycieczek w głąb wyspy.

Podczas zwiedzania wyspy nasz przewodnik zatrzymywał się co chwilę, by zerwać nam liście laurowe (wiecie, że są też takie o zapachu mięty, cytryny i np. anyżku?), trawę cytrynową, odłamać kawałek kory drzewa cynamonowego, wyrwać bulwę, która okazuje się cyć jadalna itd. Nie wspomnę już o owocach. Pełna paleta kolorów i smaków – od mango, papai, grejpfruta, awokado po popularny kwiat-owoc roselle, który zakwita tylko raz w roku. Mieliśmy szczęście go zobaczyć a z zerwanych owoców zrobiliśmy na jachcie przepyszny kompot. W lesie deszczowym poznajemy drzewa mango, chlebowca, guawy. Zbieramy ziarenka kawy, podziwiamy wzory na gałce muszkatołowej. Każda świeżo zerwana gałka otoczona jest lśniącym czerwonym pancerzem. Co ciekawe, tak jak w przypadku linii papilarnych, każdy jest niepowtarzalny.

Po tak spędzonym dniu, obfitym w smaki i zapachy natury, czas na tzw. wisienkę na torcie, czyli kąpiel w ciepłym wodospadzie. Dominika słynie z dużej ilości różnorodnych wodospadów. Różnią się one od siebie wielkością, ale też kolorem i smakiem wody. Wszystko zależy od zawartych w nich minerałów.

Miasteczko Portsmouth

Nasz katamaran zakotwiczyliśmy w zatoce miasteczka Portsmouth. Czas więc na spacer!
Mijamy skromne, nieco przyniszczone domy mieszkańców miasteczka. Chociaż od czasu do czasu napotykamy okazałe wille z zadbanym otoczeniem. Kolorowe domki przyciągają wzrok. Każdy z nich w innym kolorze. Nawet reklamy malowane bezpośrednio na murze lub drewnianych deskach sprawiają, że czuję się jak w bajce. Na ulicach ludzie – najczęściej kobiety ze swoimi dziećmi – sprzedają warzywa i owoce. Dzieci radośnie przekrzykują się nawzajem. Słońce, ciepło i kolory. Tylko tyle potrzeba, by postrzegać świat inaczej – przyjaźniej.

 

 

Na koniec dnia zasłużony chillout w zatoce Prince Rupert Bay i planowanie dalszej podróży

 

Cd. nastąpi 🙂

25.09.2020by admin
Page 3 of 5« First...«2345»

Kategorie

  • Autorka
  • Easy Yachting
  • Historie osobiste
  • Opowiadania
  • Podróże
Ludzie

OPOWIADANIA

To teksty o bardziej literackim charakterze, w których fikcja splata się z osobistymi doświadczeniami oraz zasłyszanymi historiami. Różnorodne opowiadania – kto wie, być może są to pierwsze rozdziały przyszłej książki.

Miejsca

HISTORIE OSOBISTE

Piszę, bo chcę mówić o emocjach — nie tylko je czuć. Moje historie nie mają nikogo ranić ani niczego narzucać. Wierzę, że inni mogą się w nich odnaleźć, a mój sposób patrzenia na świat może pomóc spojrzeć na życie z innej perspektywy.

Chwile ulotne

PODRÓŻE

W czasie podróży spotykam ludzi i doświadczam odmiennych kultur oraz religii, które pokazują mi, że świat może wyglądać zupełnie inaczej, i że ten inny świat ma do tego pełne prawo. Uczę się szacunku, otwartości i pokory. Z każdej podróży wracam z nową lekcją, czasem to myśl, czasem emocja, a czasem zupełnie nowe spojrzenie. Tymi właśnie doświadczeniami, refleksjami i opisami miejsc chcę się tutaj z Tobą dzielić.

Ludzie

Jestem zwykłą, prostą kobietą. Moja głowa jest za to pełna historii. Nazbierało się ich tyle, że w końcu musiały wybrzmieć. Dlatego piszę – o tym co jest moją siłą i o doświadczeniach, które pomogły mi na nowo poukładać wartości. Jestem Aga. Opowiadam historie. Dla siebie. I dla Ciebie.

Cabo Verde dziecko Dzień Matki dzień ojca easy yachting matka podróże

“I started with Brixton to provide you with daily fresh new ideas about trends. It is a very clean and elegant Wordpress Theme suitable for every blogger. Perfect for sharing your lifestyle.”

Przyglądam się wszystkim ludziom,

sobie zaś najuważniej.

© 2025 Aga opowiada