• HOME
  • OPOWIADANIA
  • HISTORIE OSOBISTE
  • PODRÓŻE
  • AUTORKA
Aga Opowiada – Krótkie historie - The value of emotions come from sharing them, not from having them
  • Opowiadania
  • Historie osobiste
  • Podróże
  • Autorka
Aga Opowiada – Krótkie historie - The value of emotions come from sharing them, not from having them
  • Opowiadania
  • Historie osobiste
  • Podróże
  • Autorka
Aga Opowiada – Krótkie historie - The value of emotions come from sharing them, not from having them

Kategorie

  • Autorka (2)
  • Easy Yachting (11)
  • Historie osobiste (9)
  • Opowiadania (5)
  • Podróże (10)

Aga opowiada - Historie osobiste

Pisanie stało się dla mnie formą autoterapii.
Metodą szczerego stwierdzenia, co naprawdę czuję.
Muszę zacząć pisać, żeby wyraźnie zobaczyć swoje emocje – i je zrozumieć.

Piszę szczerze, bo wierzę, że ktoś może się w tych historiach odnaleźć.
To opowieści o emocjach i doświadczeniach, które pomogły mnie –
może pomogą też Tobie. Dlatego postanowiłam dzielić się swoimi historiami – szczerze i bez filtra.

Nie przeszłam przez życie bez ran. Blizny przypominają mi, że cierpiałam – ale wyzdrowiałam.

Easy Yachting

Moje Karaiby

Podejrzewam, że każdy z nas ma takie miejsce na ziemi, które traktuje jak swój drugi dom. Takie miejsce, do którego chętnie się wraca, mimo, iż jest jeszcze tyle innych miejsc do poznania. Dla mnie takim miejscem są Karaiby.

Chciałabym Ci pokazać Karaiby po mojemu. Wyspy od strony wody i lądu. A zacznę od początku. Od opowiedzenia, co to są Karaiby, gdzie się znajdują i jaka jest ich historia. Nie będę wchodzić w szczegóły. Te znajdziesz w sieci, jeśli zechcesz.

 

Geografia


Karaiby to nie Kanary. I nie obrażaj się, jeśli dobrze o tym wiesz. Przyjęło się u nas nazywanie Wysp Kanaryjskich Kanarami, i to określenie potrafi zmylić nie jedną osobę.
Karaiby to kilkadziesiąt wysp i wysepek rozrzuconych po łuku łączącym obie Ameryki od ich wschodniej strony.
Wyspy oddzielają Atlantyk od stałego lądu tworząc oddzielny akwen – Morze Karaibskie. Karaiby to najczęściej stosowana nazwa, ale mogą Ci się jeszcze obić o uszy nazwy takie jak Indie Zachodnie czy Wielkie i Małe Antyle.

 

 

Historia


Czy Krzysztof Kolumb odkrył Amerykę? No nie do końca. Kolumb w swoich podróżach dotarł na Wyspy Karaibskie.
Był przekonany, że obierając kurs na zachód odkryje nową drogę do Indii – stąd właśnie historyczna nazwa Karaibów – Indie Zachodnie, która jest używana do dzisiaj np. przy podawaniu adresu do byłych kolonii brytyjskich . Kolumb podczas swoich 4 wypraw (1492 – 1504) odkrył większość wysp. Dotarł też do wybrzeży Hondurasu, ale utrata dwóch statków skłoniła go do powrotu na północne Karaiby.

 

Niewolnictwo


Karaiby zostały po ich odkryciu przez Kolumba dość szybko skolonizowane przez mocarstwa europejskie, a mieszkańcy wysp Indianie – Karibowie – (stąd nazwa Karaiby) – po niejednokrotnie krwawych walkach wybici i „zastąpieni” niewolnikami z Afryki. Nie wiem czy wiesz, że określenie Indianie też zawdzięczamy Kolumbowi. Myśląc na początku, że dotarł do Indii nazwał napotkanych na wyspach ludzi Indianami. Ta nazwa przyjęła się na całym świecie.

Ludność – język urzędowy – waluty


Dzisiejsi mieszkańcy Wysp Karaibskich to w większości potomkowie niewolników oraz nieliczni potomkowie rdzennych Indian – Karibów i Arawaków.
Walki na wyspach i wodach je otaczających odbywały się nie tylko między kolonizatorami, a rdzennymi mieszkańcami wysp, ale także pomiędzy ówczesnymi mocarstwami morskimi. Widać to na załączonej mapce. Poniższa mapka pokazuje panowanie na wyspach poszczególnych mocarstw europejskich na przestrzeni stuleci.


 

 

 


Dzisiaj na Karaibach prawie każda wyspa to inny kraj. Część z nich odzyskała niepodległość, część została zaanektowana przez Francję i stanowi jej zamorski departament, gdzie mieszkańcy np. Martyniki posługują się walutą Euro i są obywatelam UE. Kilka wysp ma swoją unię walutową i posługuje się wschodnio-karaibskim dolarem (EC$) ze stałym kursem do dolara amerykańskiego. Wyspy z reguły mają dwa języki urzędowe. Pierwszy to język byłego kolonizatora (w zależności od wyspy są to angielski, francuski,niderlandzki i hiszpański ), a drugi to Kreolski, czyli mieszanka języka kolonizatora i języków afrykańskich – plemion niewolników przywiezionych na wyspy.

 

 

Natura


Jeśli myślisz, że Karaiby to ten typowy obraz z katalogu biura turystycznego to muszę Cię rozczarować. Owszem, są i takie, ale nie dominują na Karaibach. Załączam mapkę, na której oznaczyłam miejsca z piaszczystymi plażami. Większość z nich jest górzysta i najczęściej z nadal aktywnym wulkanem, z czarnym piaskiem i przepięknym lasem deszczowym. Lasem, w którym w przeciwieństwie do Azji nic na Ciebie nie czyha, a klimat – padający krótki tropikalny ciepły deszcz na przemian ze świecącym słońcem – sprawia, że roślinność jest bardzo bujna i wszystko szybko i pięknie rośnie.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 


To były Karaiby w ekspresowym skrócie 🙂 Jeśli Cię coś zaskoczyło lub zaciekawiło w artykule i masz w związku z tym pytania to pisz, komentuj etc. Chętnie na nie odpowiem. A tymczasem …do napisania!

04.05.2021by Agnes
Easy Yachting

Odpłynęłam

We wrześniu 2012 wspólnie z mężem postanowiliśmy odciąć się od lądowego życia, przenieść na jacht i odpłynąć.

Skąd taka decyzja?

Jeśli czytasz mojego bloga to może pamiętasz wpis „Ja nie jestem mamą. A Ty?”. To artykuł o mnie, kobiecie, która nie została matką.

Wcale się nie poddałam. Po kilku latach walki o potomstwo świadomie zrezygnowałam. Moje ciało i dusza przemówiły – Ty też jesteś ważna! Wolno Ci uwolnić się od własnych oczekiwań i oczekiwań innych.
A odpuszczenie jest najlepszą rzeczą, jaką możesz dla siebie zrobić (w tym przypadku).

Lina asekuracyjna


Na początku myślałam, że sięgnę do apteczki po plaster i zakleję nim tę czarną dziurę, w której tkwiłam.
Raz, dwa i po sprawie. Ale to było naiwne myślenie.
To ode mnie zależało czy uda mi się wyjść na powierzchnię, tam, gdzie świeci słońce I …udało się!
Ktoś rzucił mi linę, po której mogłam po woli wspinać się do góry, jeszcze ktoś dopingował, kiedy w połowie spadałam w dół. Był ktoś, kto po prostu był i przytulał…
Kiedy stałam już jedną nogą na powierzchni otrzymałam nagrodę. Propozycję, która odmieniła moje i nasze życie.

Zza biurka za ster


Byliśmy z mężem pewni, że potrzebujemy radykalnej zmiany. Na horyzoncie pojawiła się okazja przejęcia długo nieużywanego i zarośniętego małżami jachtu.
Potrzeba porzucenia wszystkiego na pewien czas i spojrzenia na życie z zupełnie innej perspektywy była tak silna, że bez wahania zdecydowaliśmy się go uruchomić.
Rzuceni na głęboką wodę nie mieliśmy jeszcze pojęcia co nas czeka.

Reaktywacja jachtu


Jacht, a właściwie katamaran stał zacumowany w Hiszpanii – 2462 km. od Krakowa. Remont, a przede wszystkim czyszczenie w ogóle nas nie odstraszyło. Katamaran był po prostu piękny, ba, miłość od pierwszego wejrzenia.
A miłość dodaje odwagi.
Żeby go uruchomić potrzebne były dodatkowe ręce do pracy, części ….i determinacja. Pozytywne było to,
że jacht był zadbany w środku i mogliśmy na nim mieszkać. Nasz nowy dom stał długo w słonej morskiej wodzie. A jacht kiedy stoi zamiast pływać obrasta wszelkiego rodzaju glonami i skorupiakami. Żeby ocenić w jakim naprawdę jest stanie konieczne było wyciągnięcia go
z wody. Ten katamaran był szeroki i nie łatwo było znaleźć miejsce, w którym specjalnym dźwigiem wyciąga się tego rodzaju jednostki z wody i jednocześnie, żeby nie kosztowało to fortunę.
Determinacja przełożyła się na kreatywność mojego męża. Zaprojektował balon, który miał unieść katamaran tuż nad powierzchnię wody. Na tyle, by go wyczyścić, uruchomić płetwy sterowe i śruby. Znaleźliśmy w Polsce firmę, która podjęła się wyprodukować naszą „parówę” – bo tak nazwaliśmy nasz balon.

Nie jesteś sama


Po gruntownej analizie co tak naprawdę było do zrobienia wystosowaliśmy apel do rodziny i przyjaciół: Help!
Potrzebowaliśmy fachowców i rąk do pracy. Nie na wszystkim się znaliśmy, ale przede wszystkim wiedzieliśmy, że nie jesteśmy samowystarczalni.
I kolejny raz przekonałam się , że nie jestem sama. Zgłosili się ludzie z pozytywnym nastawieniem i wiarą w nas. Balon też się sprawdził! Nienapompowany zanurzaliśmy pod kadłuby jachtu i pompując w niego powietrze powoli unosiliśmy kadłub do góry. A jacht ważył ponad 20 ton!

Po kilku miesiącach intensywnych prac byliśmy gotowi do podróży. Czułam ogromną wdzięczność i zaczęłam prawdziwie czerpać przyjemność z życia i ludzi. Bo cytując za J. M. Lawrence, najważniejsze w życiu jest nie to, co posiadamy, lecz kogo spotykamy.

Dom jest tam gdzie zaczyna się twoja historia


Na początku października 2012 wyruszyliśmy w podróż z Morza Śródziemnego przez Atlantyk na Karaiby. Październik to dobry czas na rozpoczęcie żeglugi. Wieją wtedy bardzo przychylne wiatry – pasaty, które pchają nas wprost na Małe Antyle.
Cumy rzucone i odpływamy. Wszystkie smutki i rozterki zostawiam na lądzie. Przede mną pierwszy cel: Gibraltar. Potem na rozgrzewkę Madera, Wyspy Kanaryjskie i Wsypy Zielonego Przylądka (Cabo Verde).
A z Cabo już bezpośrednio na Karaiby.
Docierały do mnie różne oceny mojej decyzji. Większość cieszyła się i gratulowała mi odwagi. Byli jednak też tacy, którzy uważali decyzję „porzucenia domu” za niedojrzałą. Określając życie na jachcie jako „cygańskie” – odpowiednie dla studentów a nie dorosłych ludzi. Nie zamierzałam dyskutować. Moją jedyną reakcją były słowa T. Pratchetta: Wyjeżdżam, żebym mogła wrócić, żebym mogła zobaczyć to miejsce, z którego przybyłam, nowymi oczami i w nowych kolorach.


Ten wpis – a właściwie wstęp do cyklu opowieści o życiu na jachcie – dedykuję mężowi, rodzinie i przyjaciołom.

01.02.2021by Agnes
Historie osobiste

Ja nie jestem Mamą. A Ty?

26 maja obchodzimy w Polsce Dzień Matki, za parę dni później Dzień Dziecka. To są piękne święta i tyle! Media społecznościowe zalewa fala wyrażania uczuć. I to jest super! To jest ważny dzień i wszystkie Mamy powinny się nim delektować, a te które chcą – emitować swoje emocje wszystkimi kanałami świata.

Ja, mimo wielu staraniom nie zostałam mamą. Ale jestem szczęśliwą kobietą ! W tych dniach blisko mi do tych kobiet, którym nie było dane urodzić i mieć dziecko/dzieci, lub które poroniły. Możecie to uznać za dziwactwo, ale po prostu takie fale odbieram. Oczywiście ma to związek z własnym doświadczeniem oraz z faktem, że byłam świadkiem rozczarowań innych par starających się o dzieci. Mam też w gronie znajomych przykłady kobiet i par cierpiących z tego powodu, nie mogących dać sobie rady z tym, że może nigdy nie będą mieć własnych dzieci. Nie chciałabym jednak, aby mój post był odebrany jako potrzeba otrzymania współczucia, zwrócenia na siebie uwagi lub co gorsza, psucia innym nastroju.

Czy wolno mi o tym głośno mówić? Jeżeli uważasz, że nie, to nie czytaj dalej.

Wiem, że po drugiej stronie lustra jesteś Ty, kobieta Nie-Mama. I albo udało Ci się przerobić ten temat i jesteś w tym miejscu co ja, cieszysz się widząc radość innych matek, albo cierpisz. Nie bądź zła na mnie, że to mówię. Nie chowaj się, nie udawaj, że jest inaczej. Jeśli potrzebujesz czasu na smutek, złość to jest to jak najbardziej w porządku. Mam jedynie nadzieję, że jest ktoś, kto czuwa przy Tobie.
Nie jestem w stanie pomóc Ci bezpośrednio ale napiszę coś, co może pomóc Twojej duszy i dodać Ci trochę energii? Po prostu coś od mojej duszy dla Twojej duszy!

Ta jedna chwila
W pewnym momencie podjęłam decyzję, że to koniec starania się o potomstwo. Jeśli myślisz, że to przyszło mi łatwo to się grubo mylisz. I teraz z mojego doświadczenia wyniosłam, że czasem w trudnych chwilach – które potrafią trwać latami – wystarczy nawet jedno słowo, jedno zdanie wypowiedziane w nieoczekiwanej albo odpowiedniej chwili i nagle zaczynasz widzieć siebie, to co się z Tobą dzieje z innej perspektywy. To jak przebudzenie, taki „pstryczek elektryczek” z dobrą energią. Tak było w moim przypadku. Usłyszałam „Agnieszko, ale Ty wiesz, że można być też szczęśliwym bez dzieci, prawda? I to był ten moment! Plus delikatny dotyk mojej dłoni w momencie wypowiadania tych słów. Nie da się tego opisać. To były słowa wypowiedziane przez doświadczoną osobę, którą wielu stawia sobie za wzór – ja również.

Widzieć na nowo
Zaczęłam wtedy znowu myśleć na trzeźwo. Zastanawiać się. Po pierwsze czy ja naprawdę chciałam mieć dzieci, czy też musiałam pasować po prostu do pewnego schematu? Dotarło do mnie, że nigdy o tym nie myślałam, nie przemyślałam tego dla siebie samej. Dostrzegłam wtedy przez co przeszłam przez te parę lat starając się z mężem o dziecko. Przez co przeszliśmy oboje.


Jest nas Dwoje
Coś czego wtedy nie zauważałam, to ta druga osoba obok mnie, mój mąż. Bo czy prawo do cierpienia mam tylko Ja? No nie, nie widziałam wtedy, że On walczy podwójnie – O mnie i o nasze Dziecko. Oczywiście, nigdy mężczyzna nie będzie czuć tego bólu, który odczuwa kobieta. Ale też czuje i jego świat wali się w inny sposób. Wali się świat dla obojga!

Presja społeczeństwa
Przede wszystkim zauważyłam jaką ogromną presję wywiera na nas społeczeństwo – system i Kościół – tradycyjnie mocny w naszym kraju. To co siedziało w mojej podświadomości to twierdzenie, że kobieta spełniona to tylko taka, która zazna macierzyństwa. Jeśli nie uda Ci się urodzić naturalnie to coś jest z Tobą nie tak, a jak próbujesz wspomagać to jesteś przeklęta. Przyznaj sama, ile razy usłyszałaś: „Nie masz dzieci, nigdy nie zrozumiesz” czy „Nie mądrz się, bo nie masz dzieci” lub, „A co Ty możesz na ten temat wiedzieć”, „Kobieta, która nie ma dzieci jest pozbawiona najpiękniejszego doświadczenia na świecie” …. To bardzo krzywdzące słowa. Ale w drugą stronę, osoby mające dzieci, nie mogą wiedzieć, jak to jest, kiedy się nie ma dzieci … tzn. w sensie pozytywnym. Nie będę rozwijać tego wątku. Będziesz miała ochotę, to mnie o to zapytasz…

Ze skrajności w skrajność
Przekonałam się też, że jest cała masa cudownych ludzi, którzy chcą Cię wspierać i otoczyć empatią. Niestety wtedy potrafi dojść to absurdu – zaczynają obchodzić się z Tobą jak z jajkiem. Starają się uważać co mówią, żeby Cię tylko nie urazić. Hm, tak źle i tak nie dobrze? Taka rzeczywistość 🙂 

Życie – kocham Cię nad życie
Często słyszę od innych, że byłabym wspaniałą mamą. To jest miłe, bo myślę sobie, że chyba jestem fajnym człowiekiem, skoro tak mówią. Ale czy bym nią była naprawdę? Tego nie wie nikt. Może byłabym dobrą mamą, może nie. A może mam inną role do spełnienia na tym świecie, rolę która nie jest ani lepsza ani gorsza, ale równie ważna? Przyjmuję to co mi przeznaczone z pokorą i żyję!
Jest mi dobrze tak jak jest! Związek z mężem się nie rozleciał, wręcz przeciwnie, jest mi dobrze w naszym związku. Zapytana kiedyś czy nie brakuje mi dziecka czy nie brakuje mi tego uczucia odpowiadam: Brakować może Ci czegoś co znasz. Jak czegoś nie zaznasz, to nie może Ci też tego brakować! Jeśli Ciebie opisane doświadczenie nie dotyczy, to proszę nie czuj współczucia dla mnie. Czuj radość i wiedz, że mam zajebiste życie!

I tego życzę każdej kobiecie, każdej parze niezależnie od płci … Żyjcie! Bo jesteśmy tu na chwilę!
28.12.2020by Agnes
Easy Yachting

A miało być tak pięknie… Gibraltar – Madera

Przez Atlantyk na Karaiby: Rejs Gibraltar – Madera


Kiedy w 2006 roku pierwszy raz w życiu popłynęłam w rejs jachtem żaglowym nie przypuszczałam, że stanie się to moim art of living. Dokładnie pamiętam ten moment: leżałam na dziobie małego jachtu, patrzyłam w górę na żagle na tle niebieskiego chorwackiego nieba i wsłuchiwałam się w dźwięk szemrzącej o burty wody.
Ale luksus – powiedziałam na głos i tak zaczęła się moja przygoda z jachtami i morzem!

Przez kolejne lata każdą wolną chwilę spędzałam żeglując. Zaczęłam od razu od morza i tam mnie zawsze ciągnęło. Zbierałam doświadczenie załapując się do pomocy przy przeprowadzaniu jachtów czy organizując rejsy i pływając ze znajomymi.

Na początku października 2012 po kilku miesiącach przygotowań nadszedł czas na „rejs życia”. Celem wyprawy były Karaiby, a dokładnie Małe Antyle – łańcuch wysp łączący obie Ameryki – Północną i Południową. Wystartowaliśmy z Hiszpanii, niedaleko Walencji.

 

Pierwszy przystanek: Gibraltar

 

Cała podekscytowana wypatrywałam Skały Gibraltarskiej, jednego z tzw. Słupów Herkulesa (drugi Słup to góra znajdująca się po drugiej stronie Cieśniny Gibraltarskiej w Maroku). Gibraltar był ostatnim przystankiem na Morzu Śródziemnym.
Potem już tylko ocean.

 

Po zawinięciu do portu chciałam jak najszybciej wspiąć się na słynną Skałę i ujrzeć bezkres oceanu.

Pamiętam, że cieszyłam się jak dziecko kiedy już dotarłam na górę zobaczyłam jak mało miejsca zajmuję w świecie. W oddali widziałam jeszcze Afrykę a poza tym dookoła tylko wielka woda. Ten widok wywołał chwilowe ciarki na moim ciele. Ale im dłużej wpatrywałam się błękit oceanu, tym większy odczuwałam spokój i … respekt.

Mogłabym jeszcze długo stać na szczycie Skały i wpatrywać się w otaczający mnie krajobraz, gdyby nie małpy, które za wszelką cenę zabiegały o moją uwagę.
Magoty gibraltarskie – bo tak się nazywają – zamieszkują górne partie Skały i są jedną z głównych atrakcji Gibraltaru. Uprzedzam, że choć wyglądają pociesznie to są dzikimi zwierzętami i powinno się zachować przy nich szczególną ostrożność. Potrafią atakować, a nawet ugryźć.
Skaczą na plecy, wyrywają siatki z ręki czy rzeczy z plecaków. Czują się na Skale jak u siebie i nie można im tego wziąć za złe.

Gibraltar – ten mały skrawek lądu (jedyne 6,55 km2 powierzchni) jest zamorskim terytorium Wielkiej Brytanii i ma bardzo ciekawą historię.
Jeśli odwiedzisz kiedyś to miejsce to zachęcam do zwiedzenia podziemnych tuneli wydrążonych wewnątrz góry nazywanymi Tunelami Wielkiego Oblężenia (Great Siege Tunnels) oraz Tuneli z okresu II Wojny Światowej (World War II Tunnels). Jestem pewna, że przybliżą Ci historię tego strategicznie ważnego dla Wielkiej Brytanii miejsca.

Kończąc opowieść muszę jeszcze chociaż krótko nawiązać do lotniska na Gibraltarze. Brytyjska armia zbudowała je w momencie zbliżającej się wojny w 1939 r. I to właśnie na tym lotnisku doszło do katastrofy samolotu, na pokładzie którego znajdował się Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych, generał Władysław Sikorski w 1943r.

Nie obyło się też w kolejnych latach bez kwestii spornych między Wielką Brytanią a Hiszpanią. Pas startowy przecina jedyną drogę łącząca Gibraltar ze stałym lądem, – Hiszpanią i jest jednocześnie granicą państwa. Za każdym razem, kiedy ląduje samolot zamykany jest szlaban – podobnie jak na przejściu kolejowym – i samochody oraz piesi muszą cierpliwie czekać na jego otwarcie.

 

Kurs na Maderę

 

Pożegnaliśmy Gibraltar klasycznym brytyjskim lunchem – fish & chips i późnym popołudniem ruszyliśmy na podbój Madery. Manewrowanie między statkami stojącymi na redzie czy też wpływającymi czy wypływającymi z Cieśniny Gibraltarskiej było ciekawą atrakcją.
W końcu znalazłam się na ocenie. Stały ląd i wszystko, co z nim związane zostawiłam za sobą. Z każdą chwilą ląd oddalał się , aż w końcu zniknął. Nadszedł czas na nową podróż dosłownie i w przenośni – nową podróż życia.

 


Zostawiamy Giblarat za sobą i obieramy kurs na Maderę! Pogoda pogarszała się z godziny na godzinę. Silny wiatr i przechodzące ulewne deszcze nie dawały nam odpocząć.
Podczas rejsu na Maderę musieliśmy kilka razy refować żagle (zmniejszać ich powierzchnię) i niestety nie obyło się bez uszkodzeń żagli i lin.

Madera

 

Madera również przywitała nas deszczem i nic nie zapowiadało przejaśnień. Stanęliśmy na kotwicy przed mariną, w której nie było wolnych miejsc w największym mieście i zarazem stolicy Madery – Funchal.
Byłam przygotowana na to, że pogoda może być różna, ale nie byłam przygotowana na to, co wydarzyło się w kolejnych dniach.

 

Mimo złej pogody ruszyliśmy na podbój tej górzystej wulkanicznej wyspy. Wynajętym samochodem krętymi serpentynami pięliśmy się w górę zwiedzając małe wioski i miasteczka. Im wyżej tym gęstsza mgła i wilgoć. Drogami przelewała się woda, a przylepione do gór domy wyglądały, jakby miały zaraz zsunąć się ze zboczy.

Madera, nazywana wyspą kwiatów i wiecznej wiosny zamieniła się w jedno wielkie błotne gruzowisko. Spływające z gór lawiny błota i śmieci lądowały w oceanie.
Nam udało się chociaż trochę poczuć klimat wyspy, dzięki wizycie w ogrodzie botanicznym
(Jardim Botânico da Madeira). 

[tg_small_content]Znaleźliśmy też chwilkę na zwiedzanie. Najstarsza uliczka stolicy Madery Rua de Santa Maria wytyczona została w 1430 roku.
Spacerując czułam się jakbym zwiedzała wystawę poświęconą sztuce malowania obrazów na drzwiach. To dzięki projektowi „Arte de Portas Abertas” (Sztuka Otwartych Drzwi), którego założeniem było właśnie pomalowanie przez lokalnych artystów ok. 200 drzwi – wejść do domów, restauracji, magazynów itd. Dzięki współpracy lokalnych artystów i władz miasta ulica będąca jeszcze nie tak dawno jedną z najbardziej niebezpiecznych w mieście, stała się centrum kulturalnym stolicy.
To był idealny pomysł na rewitalizację tego miejsca.[/tg_small_content]

 

[tg_small_content]Nie obyło się oczywiście bez skosztowania tradycyjnych potraw z Madery. Maderyjska kuchnia zaspokoi zarówno wielbicieli ryb i owoców morza jak i mięsożerców. Nie przepadam za owocami morza, ale uwielbiam ryby morskie. Na Maderze spróbowałam dania o nazwie Espada, będącego specjalnością tutejszej kuchni. Espada nazywana też „atlantyckim potworem” to ryba drapieżnik zamieszkujący wody wokół Madery, Azorów a także Japonii.
Podawana jest najczęściej z grilla lub smażona z pieczonymi bananami (espada con banana) polanymi sosem z z marakui oraz z dodatkiem sałatki, surówki, soczewicy lub smażonymi kostkami polenty (milhofrito). Na samo wspomnienie ślinka mi leci.[/tg_small_content]

 

Dinghy przepadło


Po powrocie na katamaran jeszcze na schodkach usłyszałam, że kuchenka na jachcie nie działa. Pogoda była sztormowa, a fale mimo iż staliśmy na kotwicy w zatoce dość mocne. Powinnam sprawdzić sama okienka przed wyjściem na ląd. Bo to właśnie niezamknięte okienko w kuchni było powodem zalania kuchenki. Nie wspominałam wcześniej o tym, ale na jachcie mieliśmy kuchenkę elektryczną zasilaną z generatora. To rzadkość, zwykle kuchenki są gazowe.
Najpierw żagle i liny teraz kuchenka … Zaczęłam zastanawiać, się gdzie po drodze – na której wyspie będę mogła wymienić kuchenkę, kupić linii i naprawić żagle. A miało być tak pięknie 🙂

Do listy dołączył jeszcze ponton zwany po angielsku dinghy.
Ponton na jachcie to jak samochód w garażu – zapewnia komunikację pomiędzy domem – jachtem, a miastem – lądem.
W ostatni wieczór Staszek został na lądzie. Rozłożył się roboczo w kawiarni w marinie wykorzystując dobre łącze internetowe. Reszta załogi przygotowywała posiłek na jachcie. Kiedy nadszedł czas, by popłynąć po kapitana i resztę załogi nie wierzyłam własnym oczom. Dinghy zniknęło! Staszek wkurzony wskoczył do błotnistego oceanu i dopłynął do nas wpław. Zapadła noc. Księżyc skrył się za czarnymi chmurami, a fale w zatoce po kilkudniowym silnym wietrze były coraz większe. Czując wspólną odpowiedzialność za stratę pontonu wypłynęliśmy w morze próbując odnaleźć ponton. W sztormowej pogodzie szukaliśmy dinghy całą noc. Nadaremnie.

Cóż, nie da się przewidzieć i uniknąć wszystkich możliwych 'zrządzeń losu’ rozmyślając o nich wcześniej długimi godzinami. A po każdej burzy w końcu wychodzi słońce, prawda?

C.d. nastąpi:
Przez Atlantyk na Karaiby – Etap 2: Madera – Wyspy Kanaryjskie (Lanzarote, Teneryfa, Gomera)

13.12.2020by Agnes
Autorka, Easy Yachting, Historie osobiste

A miało być tak pięknie – Na Kanary

Rejs przez Atlantyk na Karaiby
Madera – Wyspy Kanaryjskie: Lanzarote – Teneryfa – Gomera


Na Maderze straciliśmy dinghy – małą motorówkę z silnikiem, którą wozi się ze sobą na jachcie, by móc się na niej dostać na ląd np.: stojąc jachtem na kotwicy w zatoce, a nie w marinie. Mimo natychmiastowej reakcji próba odnalezienia dinghy w nocy na sztormowym morzu się nie powiodła.

Na Kanary!

Przed wypłynięciem z Madery zgłosiliśmy Straży Przybrzeżnej utratę dinghy. Zrobiliśmy to z nadzieją, że może jednak ktoś je znajdzie i przede wszystkim dlatego, że była to dość spora motoróweczka i nieoświetlona dryfująca po morzu mogła stanowić zagrożenie dla innych jachtów.

Rejs na Wyspy Kanaryjskie był już spokojniejszy. Delfiny bawiły się przed dziobem jachtu a zachód słońca wyglądał wręcz nienaturalnie.

Lanzarote – Wyspa ognia, Cesara Manrique i wina

 

Na Lanzarote stanęliśmy na południu wyspy w marinie Rubicón w pobliżu Castillo del Aguila. I to był pierwsza wyspa, na której po prostu odetchnęłam i zaczęłam ponownie cieszyć się podróżą.

  •  
  • Gdyby ktoś zapytał, jak wyobrażam sobie krajobraz na Księżycu czy Marsie, odpowiedziałabym, że dokładnie tak jak na Lanzarote. Wyspa oferuje idealną scenerię do kręcenia filmów science fiction. Żadna inna wyspa kanaryjska nie ma zachowanego takiego naturalnego i dziewiczego krajobrazu jak Lanzarote. To za sprawą nieżyjącego już artysty Cesara Manrique, który większość życia spędził na Lanzarote i był z nią bardzo związany. Fernando Gómez Aguilera, dyrektor Fundacji Cesar Manrique powiedział, że “Cesara Manrique nie da się zrozumieć bez Lanzarote, a Lanzarote nie da się pojąć bez Cesara Manrique “. Skoro tak, to najprościej było odkryć wyspę podążając śladami artysty.
    Nie piszę przewodnika, dlatego wspomnę tylko o miejscach, które pozytywnie wpłynęły na moje nastawienie do wyspy.

Parque Nacional de Timanfaya, którego symbolem jest zaprojektowany przez artystę diabełek. Pośrodku Parku na Islote de Hilario znajduje się restauracja El Diablo, którą zaprojektował Manrique. Podawane w niej specjały pieczone są „na wulkanie” – na grillu, który żar bierze z wnętrza ziemi – z wulkanu.

Może zabrzmi to, co teraz napiszę paradoksalnie, ale wulkany na tej wyspie podziałały na mnie wyciszająco. Może dlatego, że i one są wyciszone – wygasłe. Po erupcjach pozostała najlepsza, żyzna ziemia i tą darowaną nam moc trzeba odbierać pozytywnie.

Wino wulkaniczne

Na Lanzarote pierwszy raz doświadczyłam smaku „wina z lawy” – wina z winorośli rosnącej na czarnej, wyglądającej jak żużel ziemi. Gleby wulkaniczne to świetna mieszanka pełna minerałów, a wina pochodzące z terenów wulkanicznych cechuje niesamowicie wyrazisty smak. Ciekawa jest też uprawa winorośli na zboczach wulkanu. Ze względu na brak opadów i ogólnie brak wody winorośl sadzi się w specjalnie wykopanych dołkach otaczając je od strony nawietrznej kamieniami. Nagrzane przez dzień powietrze schładzając się w nocy skrapla się w formie rosy i tą wilgocią żywią się winorośle, a bariera z kamieni służy za parawan – osłonę przed wiatrem.

Cesar Manrique – artysta na straży wyspy


Następnymi miejscami, które pozostaną w mojej pamięci są Mirador del Rio – ponad 20 kilometrowy klif Risco de Famara. W jego ścianę wkomponowany jest punkt widokowy Mirador del Rio. Cesar Manrique stworzył w tym miejscu na wysokości 475 m n.p.m. restaurację z ogromnymi przeszklonymi oknami, przez które można podziwiać pobliską wyspę La Graciosę.

Drugie miejsce to dom artysty – Casa del Volcano w Tahiche, gdzie Manrique wykorzystał w projekcie domu naturalne tunele lawowe i bąble powietrzne. W ten sposób budynek wtopił się w otoczenie krajobrazu. Poruszając się po wyspie z pewnością zwrócisz też uwagę na niską białą zabudowę i na okiennice, które wewnątrz wyspy mają kolor zielony, a te nad oceanem kolor niebieski. Taką architekturę zawdzięcza Lanzarote również temu artyście.
Manrique znał się też z moim ulubionym hiszpański artystą Miro, stąd jeszcze bardziej stał się bliższy mojemu sercu.

Czas płynąć dalej – Teneryfa


Czas spędzony na Lanzarote pozwolił mi na pogodzić się z faktem, że straciliśmy dinghy. A tu nagle, tuż przed wypłynięciem na Teneryfę, otrzymaliśmy wiadomość od Straży Przybrzeżnej z Madery, że jeden z rybaków odnalazł naszą motorówkę. Pytając o uszkodzenia usłyszeliśmy: „Little damage only”. Zrobiliśmy burzę mózgów i wszyscy jednogłośnie stwierdziliśmy, że trzeba wrócić na Maderę Ale, ale… przecież załoga chciała zwiedzić Teneryfę, a ja naprawić zniszczone przez silne wiatry żagle.

Dopłynęliśmy na Teneryfę i podzieliliśmy się na dwie grupy. Staszek popłynął z 2-ma załogantami na Maderę z myślą odzyskania cennej motorówki. Ja i część załogi, która kończyła rejs zostaliśmy na Teneryfie.
Pamiętam dobrze ten dzień. To były akurat moje urodziny. Dostałam 39 stopni gorączki i jedyne co mi pozostało to zorganizować sobie nocleg, nafaszerować lekami i iść spać.
O zwiedzaniu Teneryfy czy świętowaniu urodzin nawet nie marzyłam. Były inne priorytety: wyzdrowieć i naprawić żagle i kuchenkę przed powrotem jachtu z Madery.
Rano poczułam się lepiej, a żaglownie znalazłam już po dwugodzinnym researcher’u Tak samo szybko załatwiłam elektryka do kuchenki. Potraktowałam to jak zaległy prezent urodzinowy i postanowiłam wykorzystać ten jeden dzień i wybrać się na słynny wulkan zabierając ze sobą koleżankę z załogi, która w ostatniej chwili zdecydowała się popłynąć z nami w kolejny etap rejsu – na Cabo Verde. Wyruszyliśmy, przyznaję, zupełnie nieprzygotowywane do tej „przejażdżki”, ale to nie miało żadnego znaczenia. To było piękne doświadczenie. Wszystkie przykre zdarzenia zniknęły, a radość przejęła dowodzenie. Dzień zakończyłyśmy – jakby inaczej – fantastycznym lokalnym posiłkiem.

„Totalschaden”


Po czterech dniach trudnej żeglugi, gdzie przy wejściu na Maderę była taka pogoda (wielkie fale, silny prawie sztormowy wiatr), że duży wycieczkowiec zrezygnował z wejścia do portu, druga część załogi wróciła z Madery. Cała akcja okazała się być kompletną porażką. Nie wiem na jakiej podstawie udzielono nam wtedy informacji, że dinghy odniosło tylko małe uszkodzenia. Po dopłynięciu okazało się bowiem, że to nie było „little damage” tylko „Totalschaden!”

[tg_small_content]Cóż, trzeba zostać jeden dzień dłużej na Teneryfie i postarać się o jakieś małe i tańsze dinghy.
Teneryfa to ostatnie miejsce, w którym mogliśmy jeszcze zakupić jakieś sensowne dinghy, dalej już tylko trzeci świat …
Żagle naprawione, kuchenka działa, dinghy kupione, czas więc płynąć na Gomerę.
Ale wybacz mi czytelniku, że nie opowiem Ci nic o samej wyspie. To był ostatni przystanek przed kolejnym dłuższym rejsem i ostatnia szansa, żeby sprawdzić jacht i przygotować się do dalszego rejsu – na Wyspy Zielonego Przylądka – Cabo Verde.

Z perspektywy czasu cieszę się, że moje nastawienie do podróży było dużo bardziej pozytywne, wręcz ekscytujące. W ten sposób miałam dużo więcej rezerw, z których mogłam korzystać, kiedy nie szło tak jak myślałam. No bo miało być tak pięknie. I było, tak naprawdę było. Nie doświadczyłabym siebie i ludzi, gdyby nie te wydarzenia. Czy mogłam się na nie lepiej przygotować? Przewidzieć pewne sytuacje? Pewnie mogłam, ale później doszłam do wniosku, że nie da się do końca przygotować na wszystko nawet planując godzinami, dniami czy miesiącami. [/tg_small_content]

The End

01.12.2020by Agnes
Historie osobiste

O czym Ty myślisz dziewczyno!?

Jakiś czas temu między dwojgiem znajomych i bliskich mi osób doszło do niekomfortowej sytuacji. Oboje dopiero się poznali i dopiero zaczęło się budowanie relacji. Zaraz na początku skończyło się na niezrealizowanej obietnicy przez jedną ze stron. Po tym zdarzeniu zapadła między nimi „profesjonalna” cisza. Cisza, która była jednak „słyszalna” przeze mnie.
Bohaterowie mojej opowieści praktycznie się nie znali i do tej pory nie poznali. Postanowiłam nie ingerować w ich sprawy. Są dorosłymi i inteligentnymi osobami. Wierzyłam, że kiedy nadejdzie czas, wszystko sobie wyjaśnią.

Faktycznie jakieś trzy miesiące później nadeszła okazja, ale niewłaściwy czas. Na spotkaniu w większej grupie znajomych przedstawiałam dołączające do nas osoby.

Kiedy przyszła kolej na moich bohaterów, rzuciłam tylko: A Wy już się znacie. Na to on, nazwijmy go”poszkodowany w przeszłości” odparł poważnym, ale miłym tonem: „Ja nie znam”.
Ona zareagowała śmiechem i dorzuciła: „No ja się wcale nie dziwię”. Widziałam jednak lekkie zmieszanie na jej twarzy.

Nie zdążyłam zareagować, bo wszyscy wybuchnęli śmiechem. Potraktowali to, jak żart. Nie wiedzieli, co zaszło w przeszłości. Śmichy-chichy i wszyscy przeszli do porządku dziennego. Bohaterowie zajścia również. Tak jakby nigdy nic. Przynajmniej tak to wyglądało.

Różnice w odbiorze

Wyobraź sobie jakie musiałam zrobić oczy, kiedy chwilę później mój bohater zapytał na boku: „Słuchaj, a kto to jest?” Kiedy wyjaśniłam, o kogo chodzi, dorzucił: „Ale ja naprawdę jej nie poznałem. Pewnie teraz myśli, że zrobiłem to celowo”.

W tym momencie zdałam sobie sprawę z konsekwencji różnego odbioru całej sytuacji. To wcale nie była złośliwa reakcja z jego strony. Znam go dobrze i wiem, że nie ma pamięci do twarzy i naprawdę jej nie rozpoznał. Sytuacja nie wyjaśniona tamtego wieczoru pozostała w mojej pamięci.

Niekończąca się lista pytań w mojej głowie

Na zachowanie moich bohaterów mogły wpłynąć tysiące czynników, m. in. różnice w typie osobowości, różnica płci, gorszy dzień itp. Ona mogła się też poczuć zażenowana, że kiedyś zawaliła sprawę i wolała się nie odzywać. On mógł się poczuć niezręcznie, że jej nie poznał i nawet jeśli nie miał złych intencji, nie miał odwagi tego wieczoru się odezwać. A może nie byli jeszcze gotowi, by podjąć temat lub po prostu nie zależało im na głębszej relacji. W końcu nie wszyscy musimy się od razu zaprzyjaźniać.

Czy powinnam była jeszcze tego wieczoru wytłumaczyć zaszłe nieporozumienie?
Myślę, że niezależnie ile osób bym nie zapytała, tyle różnych sugestii w tej sprawie.
Nie wspominając już o badaczach typów osobowości, psychologii relacji i ich teoriach na ten temat. Dokładnie wiem, co jest do zrobienia. Mam zaufanie do siebie, chociaż liczę się z możliwością niezrozumienia moich intencji. Ale dopóki jestem świadoma, że mogę się mylić, jestem na dobrej drodze. To jest moja forma uczenia się ludzi.

Intencja

Napisałam ten tekst z myślą o osobach, które cechuje wyjątkowa uważność w relacjach z innymi.
Ta uważność na innych związana jest z wysoką wrażliwością. Piękna cecha, ale niekoniecznie uznawana w dzisiejszym świecie za silną cechę osobowości. A przez osobę posiadającą tę wrażliwość nie zawsze emocjonalnie do udźwignięcia.
Kto chciałby być przez kogoś tak od razu „zdemaskowany” w towarzystwie? Jak napisała Susan Cain w książce „Ciszej proszę” przeszliśmy od kultury charakteru do kultury osobowości. A w kulturze osobowości „każde spotkanie z drugim człowiekiem jest rodzajem gry o wysoką stawkę, w której wygrywamy lub przegrywamy, czyli zdobywamy lub tracimy względy i zaufanie danej osoby”.

Wysoka wrażliwość

Wrażliwość na inne osoby to dar. W parze z wrażliwością idzie empatia. Nie wiem jak Ty, ale ja nie potrafię udawać, że czegoś nie widzę lub nie czuję. Nie chodzi o to, że nie potrafię czy nie mogę, ja po prostu nie chcę tłumić mojej wrażliwości na to co się wokół mnie dzieje. Nawet jeśli spotykam się czasami z różnymi reakcjami, kiedy dzielę się swoimi spostrzeżeniami w stylu: „Czym Ty się dziewczyno zajmujesz, przecież to pierdoła jest” albo „Wszyscy już dawno o tym zapomnieli, a Ty jeszcze o tym myślisz”?, „Uważaj, bo włącza ci się syndrom pomocnej dłoni”, „Ta osoba nawet nie zwróciła na to uwagi” itp.

No właśnie, ale czy naprawdę nie zwróciła uwagi? Może nie zwróciła i może jego też to nie dotyka. Ale jestem jeszcze ja. Ta, która wie i nie jest jej z tym dobrze gdy widzi, że dzieje się źle.

Nie odstraszają mnie już negatywne reakcje na moją wrażliwość i nie dotykają już osobiście. Jeśli tylko zauważę i poczuję, że coś się nie zgadza w reakcji między dwojgiem ludzi nie zostawiam tego. Znajomy powiedział mi, żebym lepiej uważała, bo jak tak dalej pójdzie, to ludzie nie będą chcieli się ze mną spotykać. Trudno. Niech każdy podejmuje właściwą decyzję sam dla siebie.

Stanisław Dróżdż: „Między”, Kolekcja MOCAK-u oraz „Klepsydra”- Muzeum Współczesne Wrocław

 

03.10.2020by Agnes
Page 2 of 3«123»

Kategorie

  • Autorka
  • Easy Yachting
  • Historie osobiste
  • Opowiadania
  • Podróże
Ludzie

OPOWIADANIA

To teksty o bardziej literackim charakterze, w których fikcja splata się z osobistymi doświadczeniami oraz zasłyszanymi historiami. Różnorodne opowiadania – kto wie, być może są to pierwsze rozdziały przyszłej książki.

Miejsca

HISTORIE OSOBISTE

Piszę, bo chcę mówić o emocjach — nie tylko je czuć. Moje historie nie mają nikogo ranić ani niczego narzucać. Wierzę, że inni mogą się w nich odnaleźć, a mój sposób patrzenia na świat może pomóc spojrzeć na życie z innej perspektywy.

Chwile ulotne

PODRÓŻE

W czasie podróży spotykam ludzi i doświadczam odmiennych kultur oraz religii, które pokazują mi, że świat może wyglądać zupełnie inaczej, i że ten inny świat ma do tego pełne prawo. Uczę się szacunku, otwartości i pokory. Z każdej podróży wracam z nową lekcją, czasem to myśl, czasem emocja, a czasem zupełnie nowe spojrzenie. Tymi właśnie doświadczeniami, refleksjami i opisami miejsc chcę się tutaj z Tobą dzielić.

Ludzie

Jestem zwykłą, prostą kobietą. Moja głowa jest za to pełna historii. Nazbierało się ich tyle, że w końcu musiały wybrzmieć. Dlatego piszę – o tym co jest moją siłą i o doświadczeniach, które pomogły mi na nowo poukładać wartości. Jestem Aga. Opowiadam historie. Dla siebie. I dla Ciebie.

Cabo Verde dziecko Dzień Matki dzień ojca easy yachting Karaiby katamaran matka morze karaibskie ocean podróż podróże wyspy karaibskie yachting życie

“I started with Brixton to provide you with daily fresh new ideas about trends. It is a very clean and elegant Wordpress Theme suitable for every blogger. Perfect for sharing your lifestyle.”

Przyglądam się wszystkim ludziom,

sobie zaś najuważniej.

© 2025 Aga opowiada